O mnie

W 1998 roku podłączyłem do komputera modem 56 kbps i po raz pierwszy zobaczyłem Internet. Do dziś pamiętam ten dźwięk łączenia i nocne godziny spędzane przed kineskopowym monitorem — nocne, bo tylko wtedy impulsy telefoniczne były łaskawsze. Strony były prymitywne, kolorowe, często brzydkie, ale dla mnie magiczne. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że chcę mieć w sieci coś swojego. Nauczyłem się HTML-a, potem CSS-a, dłubałem grafikę w Photoshopie 4.0. Z czasem ta ciekawość przerodziła się w sposób na życie. Webdeveloper — zawód, który dziś właściwie już nie istnieje — pozwolił mi ujarzmić moje twórcze ADHD.

Fotografia przyszła później, trochę nieśmiało. Pierwszym aparatem była analogowa „małpka” Kodaka, bez większych ambicji. Dopiero wyjazd na Salon Samochodowy we Frankfurcie w 2003 roku uświadomił mi, jak bardzo chcę zapisywać to, co widzę. Studiowałem, dorabiałem wieczorami, zbierałem pieniądze i po roku kupiłem swoją pierwszą cyfrówkę — Konica Minolta Z6. Dziś wiem, że był to aparat raczej marny, nawet jak na swoje czasy. Wtedy jednak był dla mnie przepustką do świata fotografii. Pierwszym sprzętem, który sprawił, że chciałem więcej.

Chodziłem po Łodzi — mieście, w którym wtedy mieszkałem — i robiłem zdjęcia. Bez planu, bez celu, z aparatem w plecaku. Tak też nazwałem bloga, na którym je publikowałem. Bloga, który oczywiście stworzyłem sam, razem z własnym systemem zarządzania treścią. To było naturalne połączenie dwóch światów: technologii i obrazu.

Potem przyszła pierwsza lustrzanka. Nikon D90 i kitowy 18–55. Pamiętam dokładnie moment, w którym zobaczyłem pierwsze zdjęcia — szczęka opadła mi na dobre. To był czas intensywnej nauki, zachwytu i eksperymentów. Kit szybko zmienił właściciela, pojawiły się kolejne obiektywy: szeroki Sigma 10–20, a potem pierwsza stałka — Nikkor 50 mm f/1.8. To wtedy zobaczyłem, czym naprawdę jest bokeh i jak bardzo obiektyw potrafi zmienić sposób patrzenia.

Przesiadka na D800 była kolejnym przełomem. Pełna klatka, 36 megapikseli, obraz, który do dziś robi wrażenie. Pojawiły się częstsze wyjazdy zagraniczne i pierwsze momenty, kiedy fotografia zaczęła zarabiać na siebie — głównie jako naturalne uzupełnienie pracy przy stronach internetowych. Zdjęcia były potrzebne, a ja potrafiłem je zrobić.

Era bezlusterkowców przyszła wraz z Sony A7 II. Pojawiło się filmowanie, YouTube, A6300 jako drugie body i zestaw obiektywów, który dawał ogromną swobodę. Technicznie było świetnie. Sprzętowo — niemal idealnie. A jednak czegoś brakowało.

Przyszedł twórczy kryzys. Prawdziwy, długi i wyczerpujący. Miesiące bez chęci fotografowania, bez radości, bez potrzeby wychodzenia z aparatem. Wiedziałem, że muszę coś zmienić. Zamiast kolejnego obiektywu potrzebowałem prostoty. Jednego aparatu. Jednego obiektywu. Lekkości.

Tak pojawiła się Leica M (typ 240) z Summicronem 28 mm. Zmiana była brutalna i odświeżająca jednocześnie. Inny rytm pracy, inne kadry, inne kolory, zupełnie inny sposób myślenia. Sprzęt ma znaczenie — nie dlatego, że robi zdjęcia za fotografa, ale dlatego, że zmusza do uważności. Oczywiście dziś dobre zdjęcie można zrobić smartfonem. Ale patrzenie na świat przez dalmierz to zupełnie inna relacja z rzeczywistością.

Potem była M8, kupiona z ciekawości. Summicron 50 mm. Aparaty analogowe. I powrót do pisania. Głównie dla siebie — bez ciśnienia, bez planu na zasięgi. Z myślą, że może komuś moje doświadczenia się przydadzą.

W 2025 roku prowadzenie bloga wydaje się anachroniczne. Wiedzę czerpie się z social mediów i YouTube’a, choć coraz trudniej oddzielić opinię od reklamy. Mnie nikt nie sponsoruje. Nie zarabiam na fotografii. Lubię sprzęt. Lubię go kupować, sprzedawać, testować i sprawdzać, co naprawdę coś wnosi, a co jest tylko obietnicą.

Cieszę się, że ktoś tu zagląda. Że czasem ktoś napisze maila. Że komuś pomogłem — jeśli nie w wyborze aparatu, to chociaż w oderwaniu się od codzienności na kilka minut. Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca. To naprawdę dużo znaczy.