Cannondale Synapse Neo Allroad 2, czyli mój pierwszy raz z elektrykiem
Na blogu tematyka rowerowa gościła dotychczas dwukrotnie – przy okazji recenzji NS RAG +1 oraz Cannondale Synapse Carbon. Dzisiejszy wpis domyka ten nieformalny tryptyk i jest on szczególny. Postaram się ubrać w słowa moje pierwsze doświadczenia z rowerem ze wspomaganiem elektrycznym, i to od razu od marki Cannondale.
Zanim jednak przejdziemy do konkretów – dwa „ogłoszenia parafialne”.
Po pierwsze: ogromne podziękowania dla sklepu kolarska.cc z Łodzi za udostępnienie roweru do testów. Z czystym sumieniem polecam ten punkt na mapie Łodzi. Mają świetny sprzęt, profesjonalny serwis i kawiarnię. Nawet jeśli nie wyjedziecie od nich z nowym Cannondale’em czy BMC, to przynajmniej zjecie ciastko i wypijecie dobrą kawę.
Po drugie: muszę się przyznać do słabości do marki Cannondale. W zamierzchłych czasach moim pierwszym „rowerem marzeń” był CAAD 9 w legendarnym malowaniu Liquigas Team Replica. Szczerze? Wciąż szukam CAAD-a 9 lub SuperSix-a z tamtych lat w barwach teamowych. Gdyby trafił się zadbany egzemplarz w rozsądnej cenie, chętnie powiesiłbym go na ścianie zamiast obrazu. Rynkiem klasyków rządzi nostalgia – i dotyczy to nie tylko samochodów, ale i rowerów.

Synapse Neo Allroad – co to właściwie jest? Szosa, gravel czy „mieszczuch”?
Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Mój stary Synapse był typowym rowerem szosowym endurance – miał zrelaksowaną geometrię w porównaniu do wyścigowego SuperSix-a. Nowy Synapse Neo Allroad idzie o krok dalej, skręcając mocno w stronę gravela. Po założeniu grubszych opon z agresywnym bieżnikiem otrzymujemy maszynę bliską modelowi Topstone.
A jeśli dodamy do tego ukrytą w ramie baterię i silnik Boscha, dostajemy uniwersalny sprzęt, który idealnie sprawdzi się też jako stylowy rower do codziennych dojazdów do pracy. Synapse Neo Allroad 2 łączy te światy w sposób bardzo naturalny. To od nastroju użytkownika zależy, czy będzie akurat szybką szosówką, dzielnym pogromcą leśnych ścieżek, czy „przezroczystym” środkiem transportu z punktu A do B.




Anatomia maszyny
Nie jestem ekspertem od watogodzin i niutonometrów – „zarobiony jestem”. Wiem jednak tyle, że akumulator ma 400 Wh i jest estetycznie zabudowany w dolnej rurze ramy. Za wsparcie odpowiada system Bosch Performance Line SX. Choć na horyzoncie pojawiają się już pewnie nowsze rozwiązania, skupmy się na tym, co oferuje ten konkretny egzemplarz.
Za zmianę przełożeń odpowiada mechaniczny osprzęt Shimano – klamkomanetki i hamulce z grupy GRX 800 oraz przerzutka GRX 820. To klasyka gatunku: solidna, sprawdzona i bezawaryjna. Koła na aluminiowych obręczach nie rzucają na kolana, ale obuto je w opony Vittoria Terreno Dry (40 mm), które dobrze radzą sobie na szutrach.
Rama wykonana z karbonu ma ciekawy kształt i komfortową geometrię. Srebrne malowanie jest stonowane i może się podobać – dobrze koresponduje z jasnymi bokami opon Vittorii. Jakościowo nie ma się do czego przyczepić. To w końcu produkt premium: amerykańska marka i niemiecka myśl techniczna pod maską. Szkoda tylko, że napisy „Made in USA” na ramach Cannondale to już odległa przeszłość.

Wrażenia z jazdy: Ile roweru w elektryku?
Do dyspozycji mamy kilka trybów: od oszczędnego Eco po wciskający w fotel (czy raczej w siodełko) Turbo. Oczywiście wspomaganie można wyłączyć, ale wtedy rower sprawia wrażenie „zepsutego” – masa robi swoje i pedałowanie staje się wyzwaniem.
Najbardziej polubiłem tryb Eco. Czuć tam delikatne muśnięcie silnika, ale wciąż ma się poczucie pełnej kontroli nad jazdą. W trudniejszym terenie tryb Tour+ jest w zupełności wystarczający. Z kolei Turbo pcha rower tak mocno, że ma się wrażenie jazdy lekkim motocyklem.
Obsługa systemu jest banalnie prosta. Przełącznik pod kciukiem jest ergonomiczny, a ekran Kiox czytelny. Oczywiście rower można sparować ze smartfonem. Jeśli więc macie na telefonie milion aplikacji, możecie doinstalować milion pierwszą, by „rozmawiać” ze swoim rowerem…
Sama jazda jest niesamowicie płynna. Po kilku metrach rower staje się „przezroczysty” – po prostu czerpiesz frajdę z przemieszczania się. Testowałem go przy temperaturze 5-6°C i muszę przyznać, że w takich warunkach szybko docenia się „elektroniczny wiatr w plecy”.



Plusy dodatnie i plusy ujemne
Waga: Zaskoczenie numer jeden. Rower jest zaskakująco lekki jak na elektryka. Nie waży oczywiście 7 kg, ale bez problemu mogłem go złapać i przenieść kawałek.
Komfort: Jest bardzo wygodnie. To zasługa karbonowej ramy oraz opon, które przy niższym ciśnieniu „wybierają” nawet kocie łby.
Bateria: Procenty uciekają wolniej, niż się spodziewałem. Po kilku godzinach jazdy wciąż miałem 65% zapasu, co obiecuje solidny zasięg na dłuższe wyprawy.
Co mi się nie podoba? W rowerze tej klasy, mimo że mechaniczne Shimano działa świetnie, chciałbym już widzieć elektroniczną zmianę przełożeń (mniej linek wystających z kokpitu). Taka opcja istnieje w wyższym modelu (Neo Allroad 1), ale wymaga dopłaty.
I na koniec kwestia „duszy”. Porównując to do aut: lekkie samochody dają najwięcej frajdy, bo są responsywne i zwinne. W rowerach jest podobnie. Klasyczna, lekka szosa daje to specyficzne poczucie zespolenia jeźdźca z maszyną i uśmiech przy każdym depnięciu w korbę. W elektryku, mimo że jest świetnie, brakuje tego ostatniego 1% emocji. Możecie uznać, że się czepiam, ale fani „analogowego” kręcenia zrozumieją, o co chodzi.





Podsumowanie: Rower prawie idealny?
Cannondale Synapse Neo Allroad 2 to dopracowany, wygodny i wszechstronny sprzęt. Zachowuje ducha swojego spalinowego (a raczej mięśniowego) poprzednika, oferując skuteczność w trzech wydaniach: szosowym, gravelowym i miejskim.
Czy jest wart katalogowe 26 999 zł? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Ale w obecnej promocji za około 17 500 zł… to już temat do poważnego przemyślenia. Choć znając siebie, pewnie zagryzłbym zęby i dołożył do wersji „Neo 1” – dla bezprzewodowego napędu SRAM, czystszego kokpitu bez linek i tego genialnego zielono-żółtego lakieru.
A jeśli chcecie sami sprawdzić elektrycznego Cannondale, wpadajcie do Łodzi na kawę i testy do kolarska.cc!
