Barentsburg – dzień polarny w rosyjskiej osadzie

Zza linii horyzontu wyłania się charakterystyczny, górzysty krajobraz Spitsbergenu, a nad nim unosi się czarny, gęsty dym z komina elektrociepłowni. To znak, że zbliżamy się do Barentsburga – rosyjskiej osady górniczej.

Barentsburg – rosyjskie miasto w Arktyce

Choć cały archipelag Svalbard (w tym Spitsbergen) należy do Norwegii, na mocy Traktatu Spitsbergeńskiego z 1920 roku inne państwa mają prawo do eksploatacji tamtejszych zasobów. Rosja z tego prawa korzysta, utrzymując Barentsburg jako osadę zarządzaną przez państwową firmę Arktikugol. Oczywiście jest to całkowicie nieopłacalne, bo wydobycie węgla na Svalbardzie i jego transport na kontynent już dawno straciły sens ekonomiczny. Rosja dba jednak o swoje interesy geopolityczne, dopłacając z państwowej kasy do tego, by zaznaczyć swoją obecność w tym strategicznym punkcie globu.

Portowe widoki i wieczorny spacer

Jest późne popołudnie. Jacht powoli dopływa do niewielkiego, lecz dobrze utrzymanego portu. W oczy rzuca się duży dźwig służący do przeładowywania towarów, a na szczycie… flaga Związku Radzieckiego. Czerwone płótno, sierp i młot. To nie pierwszy symbol słusznie minionych czasów, który uchował się w tym miejscu.

Idąc stromymi schodami w stronę osady, widać kontrasty: stare, drewniane domki porzucone na pastwę losu i wyremontowane bloki zamieszkałe przez ludzi. Jedyną utwardzoną drogą biegnącą przez centrum od czasu do czasu przejeżdżają nieliczne samochody – w tym autobus dowożący pracowników do kopalni i elektrociepłowni. Barentsburg nie ma połączenia lądowego z innymi miejscowościami Spitsbergenu. Najprościej dotrzeć tu drogą morską, a zimą skuterem śnieżnym.

W centrum znajduje się browar „Czerwony Niedźwiedź” oraz hotel z restauracją. Można zjeść coś ciepłego, wypić piwo. Wydaje się, jakby pojęcie czasu tutaj nie istniało – tym bardziej że za oknem trwa dzień polarny. Zbliża się północ, a na zewnątrz słońce świeci z podobną intensywnością co kilka godzin temu. Przedziwne uczucie.

Siedząc przy stoliku, chowam sprzęt foto do plecaka. Nie będę już dzisiaj robił zdjęć. Przespaceruję się po osadzie, chłonąc arktyczny klimat i delektując się ciszą tego niesamowitego miejsca. Kończę ciastko, biorę ostatni łyk piwa. Wstaję. Trzeba założyć buty, które obligatoryjnie zdejmuje się przy wejściu. Wychodzę na zewnątrz i „zawieszam się”, wlepiając wzrok w horyzont. No i to by było na tyle z planów o nie-robieniu zdjęć… Trzeba zdjąć plecak, wyjąć Sony A7 IV, założyć 70-200 i telekonwerter. Takiego światła w życiu nie widziałem. Nie będę pisał nic więcej, po prostu wstawię zdjęcie.

W drodze z hotelu co chwila się zatrzymuję. Fotografuję stary, radziecki sprzęt wyeksponowany w formie pomników wzdłuż drogi. Nie spaceruję sam – od czasu do czasu towarzyszą mi młode lisy polarne. Nie boją się ludzi, liczą na jakiś przysmak i zachowują się niemal jak udomowione.

Okolice portu przynoszą jeszcze jedną niespodziankę. W oddali dostrzegam dziwny obiekt. Samolot? Motorówka? Muszę to sprawdzić. Podchodzę bliżej i… nadal nie mam pojęcia, co to jest. Wygląda jak połączenie gokarta ze skuterem śnieżnym i samolotem. To Tupolew A-3, radzieckie aerosanie. Mogą poruszać się po wodzie i śniegu, napędzane silnikiem gwiazdowym umieszczonym z tyłu. Sterowanie odbywa się za pomocą wolanta i lotek – zupełnie jak w samolocie. Poświęcam dłuższą chwilę temu niecodziennemu wytworowi radzieckiej myśli technicznej. Szkoda, że ta sztuka już nigdzie nie pojedzie ani nie popłynie.

Zakupy i powrót

Barentsburg to miasto zarządzane przez jedną firmę. Ludzie mieszkają tu i pracują na zasadzie kontraktu. Można zrekrutować się na kontynencie i przypłynąć na określony czas. Mieszkanie na stałe byłoby trudne – noc polarna zimą, dzień polarny latem i ograniczona liczba bodźców mogłyby skutkować poważnymi komplikacjami zdrowotnymi.

W sklepie można kupić podstawowe produkty spożywcze lub odebrać to, co zamówiło się wcześniej. Gdy przypływa statek, zapasy są wyładowywane. Jeśli statku nie ma – trzeba czekać. Obok „spożywczaka” znajduje się poczta i sklep z pamiątkami stworzony pod turystów, którzy coraz liczniej tu docierają. Kupuję zieloną bluzę z kapturem, sylwetką misia polarnego i napisem 78°N.

Ostatni rzut oka na bloki, napis głoszący walkę o komunizm oraz portowe zabudowania. Można powoli płynąć w kierunku innego, kapitalistycznego świata – norweskiego Longyearbyen.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze