Mój pierwszy samodzielnie wywołany film z aparatu analogowego – przygotowania
Pod koniec 2024 roku postanowiłem pójść krok dalej w swojej przygodzie z fotografią analogową i samodzielnie wywołać film. W tym wpisie napiszę nieco więcej o swoim podejściu do tematu, moich przemyśleniach, obawach i zakupach w zaprzyjaźnionym sklepie – fotonegatyw.com
Aparat
Zaczynamy od podstaw. Żeby zacząć przygodę z fotografią analogową trzeba posiadać sprawny aparat, do którego możemy załadować film. Trzeba na tym etapie podkreślić słowo „sprawny”, bo to nie jest takie oczywiste. Od rewolucji cyfrowej w fotografii minęło już sporo czasu i większość analogów na rynku ma już kilkadziesiąt lat na karku. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że „kiedyś to było” i sprzęty budowało się solidnie, to i tak po wielu latach używania, czy przechowywania w szufladzie, taki aparat może wymagać CLA, czyli solidnego przeglądu w stylu „cleaning-lubrication-adjustment”.

Moje sprzęty analogowe to 3 Leiki: M3, M5 i M4-P. Wszystkie 3 są działające, sprawne i gotowe do działania, ale mam z tyłu głowy fakt, że najnowsza nich opuściła bramy fabryki w 1986 roku, czyli obchodzi swoje 40 urodziny. Do tego obiektywy o ogniskowych: 15, 28, 35, 50 i 90 mm.
O ile Leica słynęła zawsze z jakości i przemyślanych (czytaj: trwałych) rozwiązań, o tyle inni producenci wypuszczali na rynek często sprzęt o wątpliwej trwałości. Mam tu na myśli głownie socjalistyczne wynalazki, które przeważnie kosztują mało, są toporne, awaryjne i potrafią skutecznie zniechęcić potencjalnego użytkownika.
Oprócz samego aparatu przyda się również światłomierz. M3 i M4-P z mojej prywatnej kolekcji nie posiadają wbudowanych światłomierzy, dlatego zakupiłem zewnętrzne urządzenie – Voigtlander VC Meter II. Mały, praktyczny światłomierz zasilany dwiema małymi bateriami, który wsuwa się w sanki lampy błyskowej. Niewielkie, eleganckie i skuteczne rozwiązanie.
Leica M5 ma wbudowany światłomierz, ale biorąc pod uwagę wiek konstrukcji mam do niego ograniczone zaufanie. Na pierwszy rzut oka działa, ale jestem bardziej spokojny, gdy mogę potwierdzić pomiar jakimś współczesnym urządzeniem. Oczywiście zamiast dedykowanego światłomierza można posłużyć się którąś z darmowych aplikacji na telefon. Z czasem pomiar światła staje się bardziej intuicyjny i elektroniczne urządzenia można w miarę skutecznie zastąpić własnym doświadczeniem 🙂
Film
Skoro mamy już aparat (z obiektywem), pora przemyśleć temat filmu. Mój sposób rozumowania jest taki: im tańszy tym lepszy. Po eksplozji cen materiałów światłoczułych, eksperymentowanie na np. filmie Kodaka za prawie 100 zł mija się z celem. Lepiej wybrać coś tańszego. W chwili pisania tego wpisu można kupić czarno-biały film FOMA 200, 36 klatek za około 23 zł.
Zaczynając przygodę z analogiem, należy podkreślić, że wywołanie filmu czarno-białego jest mniej wymagające niż kolorowego. Dlatego wydaje mi się, że nie warto „rzucać się na głęboką wodę” i zacząć od czegoś łatwiejszego.
Ja poszedłem do sklepu, kupiłem 10 rolek filmu FOMA 100, 200 i 400 (różne czułości na różne warunki oświetleniowe) i schowałem do lodówki. W cenie dwóch drogich, markowych filmów mam 10 tańszych, które będą doskonałe do nauki. Jak coś się nie uda, strata będzie mniejsza.
Co dalej?
Dalej trzeba zrobić zdjęcia. Załadować film do aparatu, a później zapełnić 36 klatek kolejnymi kadrami, dbając o odpowiednie naświetlenie filmu. Po przewinięciu filmu do kasetki są dwa sposoby dalszego postępowania. Pierwsze, które do tej pory praktykowałem – pójście do fotolabu z prośbą o wywołanie i zeskanowanie filmu. Albo drugie rozwiązanie – wywołanie filmu w domowym zaciszu.
Akcesoria
No dobrze. W ręku trzymam kasetkę z naświetlonym filmem. Nie wiem, czy film został poprawnie naświetlony. Nie mam pojęcia, czy ustawiłem dobrą ostrość i czy kadry wyjdą takie, jakie chciałem. Okaże się po wywołaniu, tymczasem zacząłem myśleć o tym, co potrzebuję, żeby ruszyć dalej.
Koreks
Można kupić normalny koreks, do którego wkładamy szpulę z nawiniętym filmem. Jest to standardowe rozwiązanie, znane i praktykowane przez zdecydowaną większość fotografów. Do tego potrzebne jest idealnie zaciemnione pomieszczenie albo specjalny rękaw, gdzie „na czuja” rozbieramy kasetkę z filmem i wkładamy do koreksu. Ale ja nie lubię rozwiązań typowych. Lubię kombinować i mam skłonności „gadżeciarskie”. Dlatego zamiast typowego koreksu zamówiłem LAB-BOX – magiczne pudełko włoskiej firmy ARS-IMAGO, które ułatwia proces wywoływania zdjęć.


LAB-BOX ma modułową budowę, pozwala na „obsługę” filmów 35 i 120 mm, stosując różne przystawki. Umożliwia szybkie i sprawne nawinięcie filmu na szpulę, a następnie bezproblemowe przeprowadzenie całego procesu wywoływania. Jako osoba, która ma już jakieś doświadczenia z tym sprzętem – mogę szczerze polecić LAB-BOX – zamiast koreksu.
Kontrola temperatury
Wywoływanie filmu czarno-białego wymaga utrzymania temperatury 20 stopni Celsjusza. Więc potrzebny jest termometr. Chcąc ułatwić sobie panowanie nad temperaturą chemii zainwestowałem w urządzenie o nazwie CineStill TCS-1000. Jest to ładnie obudowana grzałka z mieszalnikiem i termometrem, zakończona zgrabnym ekranem LCD. Kolejny gadżet, niestety jest tani, ale bardzo przyjemny w użyciu. Oprócz wspominanego TCS-1000 kupiłem tradycyjny, analogowy termometr z precyzyjną podziałką.

Chemia
Potrzebne są 4 rzeczy: wywoływacz, przerywacz, utrwalacz i zmiękczacz. Nie jestem oczywiście ekspertem, dopiero zaczynam swoją przygodę z wywoływaniem, ale napiszę co kupiłem na początek:
- COMPARD R09 (AGFA formuła Rodinal) 500ml – wywoływacz w płynie typu „one shot”. Czyli taki, który służy raz i jest do wyrzucenia. Stwierdziłem, że taki na początek będzie najłatwiejszy do zastosowania
- FOMA FOMACITRO – przerywacz
- FOMA FOMAFIX – utrwalacz
- ADOX ADOFLO – zmiękczacz
Każdy preparat ma podane parametry rozcieńczenia i czasy na etykiecie. Z resztą, można znaleźć wszystko w Internecie.

Jeżeli chodzi o sam proces wywoływania – poświęcę temu zagadnieniu oddzielny wpis. Generalnie mając przygotowane wszystkie roztwory, odpowiednio rozplanowaną przestrzeń na stole, samo wywoływanie zdjęć jest mało skomplikowane. Po prostu trzeba wlać i wylać odpowiednie roztwory pamiętając o temperaturze, czasie działania roztworu i agitacji (mieszaniu).
Inne akcesoria
Oczywiście potrzebne są jeszcze dodatkowe akcesoria. Na szczęście mało kosztowne i łatwo dostępne:
- pojemniki z miarką – kupiłem w IKEA kilka plastikowych shaker’ów z pokrywką i miarką z boku
- zlewki z miarką – można kupić dedykowane w sklepie foto albo w markecie
- spinki do wieszania filmu na sznurku
- strzykawki – najlepiej dwie o różnych pojemnościach: 10 ml i 100 ml
- rękawiczki
- baniak wody demineralizowanej
- ściągacz do wody


Skaner
Powiedzmy, że trzymamy w ręku wywołany film. Co dalej z nim zrobić? Przydałoby się zobaczyć w końcu efekt końcowy w postaci gotowego zdjęcia. Najprościej zeskanować wszystkie klatki i oglądać je w postaci plików JPG na ekranie komputera.
Do tego potrzebny jest odpowiedni skaner. Tu postawiłem na urządzenie Plustek OpticFilm 8200i Ai – zakupione okazyjnie na znanym portalu ogłoszeniowym razem z oprogramowaniem Silverfast. Jest to skaner dedykowany do formatu 35 mm. Posiada plastikową ramkę na 6 klatek, dlatego przed zeskanowaniem należy pociąć film na odpowiednie kawałki. Urządzenie niewielkie, przyjemne w użyciu i bezproblemowe.
Sam proces skanowania to wisienka na torcie. Mając na dysku gotowe pliki wystarczy odwrócić krzywą histogramu, korzystając z SIlverfast’a labo np. PS-a i gotowe!
Podsumowanie
W telegraficznym skrócie, lista sprzętu:
- Aparat z obiektywem. Ja korzystam z Leiki, ale ktoś może kupić starego Zenita za 50 zł i też nim próbować robić zdjęcia. Dlatego pominę temat aparatu w kontekście kosztów zakupu
- Światłomierz. Można za darmo mierzyć światło (apka w smartfonie), można kupić np. Voigtlander VC Meter II za 800-1000 zł
- Film. Na początek – im taniej tym lepiej. FOMA, oczywiście czarno-biała, czułość 100, 200 lub 400.
- Chemia:
– wywoływacz COMPARD R09 (AGFA formuła Rodinal) 500ml – ok. 55 zł
– przerywacz FOMA Fomacitro 250 ml – ok. 25 zł
– utrwalacz FOMA FOMAFIX 500 ml – ok. 27 zł
– zmiękczacz ADOX ADOFLO 100 ml – ok. 24 zł
– baniak 5l wody zdemineralizowanej 5l – ok. 10 zł - LAB-BOX. Można taniej – kupić zwykły koreks, nawet używany. Ja poszedłem w droższe, ale moim zdaniem wygodniejsze rozwiązanie – ok. 650 zł
- CineSTill TCS-1000. Tu też można taniej – ok. 600 zł
- Zwykły termometr – ok. 40 zł
- Ściągacz do wody – ok. 80 zł
- Klamerki do suszenia filmów – komplet – ok. 50 zł
- Skaner. Nowy Plustek 8200i Ai kosztuje 2000 zł. Ja kupiłem używany. Można kupić droższy skaner, można tańszy. Tak jak aparat. Dlatego nie będę uwzględniał tego wydatku w kosztach końcowych.
- Pozostałe akcesoria – plastikowa wanienka, pojemniki, rękawiczki gumowe i materiałowe (do skanowania). Groszowe sprawy.
Mając aparat analogowy i skaner, całkowity koszt wywołania filmu to ok. 1500 zł. Oczywiście odliczając „zabawki” w postaci LAB-BOX\a i TCS-1000 koszty znacząco maleją, ale postanowiłem zainwestować w te gadżety mając na uwadze fakt, że będę z nich korzystał przez wiele lat.