Leica SL typ 601 – arystokrata wśród bezlusterkowców

SL to legendarny model Mercedesa, produkowany od 1954 roku. Obecnie oferowany jako sportowo-luksusowy roadster, którego ceny zaczynają się od ok. 700.000 zł. Jego odpowiednikiem w świecie aparatów fotograficznych jest… Leica SL, równie ekskluzywna i niedostępna.

Leica SL – podstarzały bezlustrkowiec klasy premium

Leica przegapiła czas, kiedy lustrzanki były na topie. Niemiecki producent przez dziesięciolecia upierał się, że dalmierze to jest to, czego potrzebują profesjonalni fotografowie. Takie myślenie o mały włos nie doprowadziło do bankructwa marki. Na przełomie XX i XXI wieku, niemiecki producent z wielkim trudem utrzymywał się na powierzchni, mając wśród klientów głownie swoich zagorzałych fanów. Reszta robiła zdjęcia coraz lepszymi lustrzankami „made in Japan”.

Sytuacja na rynku foto zaczęła zmieniać się od 2013 roku, kiedy to swoją premierę miała pierwsza generacja Sony A7. Aparat pełnoklatkowy, z wymienną optyką, pozbawiony lustra. Mniejszy, lżejszy, pozbawiony wielu kłopotliwych części mechanicznych montowanych w lustrzankach. Posiadał elektroniczny wizjer, nagrywał niezłej jakości filmy i wyeliminował raz na zawsze problemy z front- i backfocus’em. Wkrótce do Sony dołączyli inni producenci, np. Fuji, które idealnie wstrzeliło się w rynek prezentując model XT-1, stylizowany na mały „retro” aparat.

Leica uznała, że rewolucja technologiczna, przed którą nie było ucieczki, to doskonały moment na pokazanie czegoś nowego, co z jednej strony odświeżyłoby portfolio marki, z drugiej – przyciągnie nowych klientów, dla których tradycyjna linia „M” nie była atrakcyjna.

W 2014 roku pojawiła się Leica T – amatorski bezlusterkowiec z matrycą APS-C, który później zyskał kilka poprawek zmieniając nazwę na TL i TL2. Wycofany z produkcji w 2023 roku, nigdy nie zdobył popularności. Pomimo ciekawych rozwiązań technicznych, jak np. korpus „wycięty” z jednego kawałka aluminium, mała Leica przegrywała z tańszymi rywalami z Japonii.

Pod koniec 2015 roku pokazano prawdziwego „króla bezlustrkowców” – model SL, z pełnoklatkową matrycą o rozdzielczości 24 Mpx. Bardzo duży, bardzo ciężki i bardzo drogi.

Leica SL – zupełnie inny aparat

W 2015 roku, jednym z najczęściej podnoszonych argumentów na korzyść aparatów bez luster, były niska waga i małe wymiary. Fuji przekonywało, że ciężki plecak foto to już przeszłość. Korpus plus kilka wysokiej jakości obiektywów będą zajmowały od tej pory połowę miejsca i będą dużo lżejsze.

Grafika reklamowa systemu bezlusterkowców Fuji X. Producent przekonywał, że dużą i ciężką lustrzankę można zastąpić lekkim i poręcznym aparatem bez lustra.

Leica jak zwykle poszła swoją drogą ignorując ówczesne trendy. Zrobiła aparat, który waży prawie kilogram bez obiektywu i jest wielkości profesjonalnej lustrzanki. Obudowa, całkowicie metalowa, ma bardzo surowe kształty pełne prostych linii i ostrych kątów. Patrząc na SL-a można odnieść wrażenie, jakby ktoś wyciosał korpus siekierą. Efekt surowości jest potęgowany niewielką ilością przycisków i pokręteł. Parząc na wygląd aparatu nasuwa się pytanie…

Czy Leica SL jest aparatem wygodnym w obsłudze?

Odpowiedź brzmi – tak! I to jeszcze jak! Proste kształty nie przeszkodziły w zaprojektowaniu aparatu rewelacyjnego pod względem ergonomii. Uchwyt jest bardzo wygodny, szczególnie docenią go osoby o dużych dłoniach. Wszystkie elementy sterujące są odpowiednich rozmiarów, pracują z idealnym oporem. O wysokiej jakości zastosowanych materiałach, czy precyzyjnym montażu nie trzeba chyba wspominać. W końcu to Leica kosztująca w 2015 roku worek pieniędzy.

Tutaj nikt się nie bawił w miniaturyzację „na siłę”. Wymiary aparatu, elementów sterujących, wizjera – wydają się za duże, w praktyce okazują się niezwykle wygodne i przyjazne w użytkowniu.

Menu i obsługa – jest dziwnie, ale można się przyzwyczaić

Leikę SL uruchamiamy przesuwając włącznik „ON/OFF” po lewej stronie wizjera. Aparat uruchamia się sprawnie. Do momentu pełnej gotowości, na górnym ekranie wyświetla się napis – „Leica SL typ 601” oraz aktualna data i godzina.

Wygląd menu jest taki sam jak w innych modelach niemieckiego producenta. Nieco inna jest obsługa i oczywiście ilość opcji możliwych do ustawienia. O ile seria „M” jest pod tym względem wyjątkowo ascetyczna, to SL oferuje rozbudowane menu obsługiwane za pomocą gumowego joystick’a. Do pomocy w obsłudze służą cztery przyciski umiejscowione po bokach ekranu.

Napiszę wprost: obsługa jest raczej mało intuicyjna i wymaga przyzwyczajenia. Jak się już trochę poklika, poświęci czas na zrozumienie układu opcji i naukę, jak pomiędzy nimi przechodzić – jest dobrze. Ale na początku trzeba się przyzwyczaić do specyficznego sterowania Leiki SL.

O ile wszystkie bezlusterkowce na rynku oferują mniej-więcej podobny sposób obsługi, Leica poszła swoją drogą. Nowatorskie podejście do obsługi menu nie przetrwało próby czasu. Bo następca, model SL2, zamiast czterech przycisków dookoła ekranu, dostał 3 małe, zlokalizowane z lewej strony.

Najważniejsze pytanie: jak tym się robi zdjęcia?

Inaczej. Nieporównywalnie do konkurencji w postaci Nikona, Canona, Fuji czy Sony. Ten aparat inaczej trzyma się w ręku, inaczej obsługuje. Duża waga daje się we znaki, ale dzięki wygodnemu uchwytowi korpus dobrze leży w dłoni.

Niesamowity jest wizjer. Niezwykle duży, o rewelacyjnej rozdzielczości 4,4 Mpx. Dzięki temu praca z natywnymi obiektywami, jak również ze szkłami systemu „M” jest wygodna. Obecnie, tej jakości wizjer nie jest już czymś wyjątkowym, ale w 2015 roku to była rewolucja. A w 2023 roku, kiedy powstaje ten artykuł, nadal jest to ogromny plus Leiki SL.

Tylny ekran o rozdzielczości 3 cali jest dobrej jakości, do tego obsługuje dotyk, co polepsza „dziwną” ergonomię obsługi.

Dźwięk migawki jest absolutnie wyjątkowy. Charakterystyczne „kliknięcie” pojawiające się podczas naciskania spustu migawki można porównać chyba tylko z dźwiękiem zamykania drzwi w Bentley’u albo bulgotem silnika V12 Ferrari. Dodatkowy komentarz jest zbędny.

W kolorach matrycy można się zakochać. Słynny „Leica look” w tym aparacie osiągnął swoją doskonałość. Leica SL jest jedynym aparatem jaki znam, który produkuje idealne JPG-i prosto z puszki. Mikrokontrast, kolory, „malowniczość” obrazka z 24-megapikselowej matrycy rozkładają na łopatki każdy inny aparat. Może nawet Leikę M10. Biorę pełną odpowiedzialność za swoje słowa.

Wiadomo, matryca nie ma porywających osiągów, zwłaszcza w porównaniu do współczesnych konstrukcji rodem z Japonii. Na wysokim ISO pojawią się szumy, dynamika tonalna nie robi wrażenia. Ale ja mam to gdzieś! Obrazek z SL jest fantastyczny. Kropka.

Leica SL potrafi kręcić filmy. W 4K, w płaskim profilu. I nawet coś z tego wychodzi, w odróżnieniu np. od M typ 240, gdzie funkcja video była totalną wydmuszką nie wiadomo dla kogo. Nie spotkałem jednak zbyt wielu produkcji filmowych, do których użyto bezlusterkowca od Leiki. Japończycy potrafią taniej iwygenerować dobrej jakości obraz, co dla filmowców nie jest bez znaczenia.

Leica SL – zalety

  • Rewelacyjny wizjer
  • Rewelacyjne kolory matrycy
  • Produkuje idealne JPG-i prosto z puszki
  • Rewelacyjna jakość wykonania
  • W pełni metalowa obudowa
  • Rewelacyjna ergonomia
  • Dodatkowy, górny wyświetlacz
  • Dźwięk migawki powoduje szeroki uśmiech na twarzy
  • Miejsce na dwie karty pamięci SD
  • Fajny joystick do obsługi menu
  • Mocowanie L-Mount daje możliwość podpięcia dużej liczby obiektywów Sigmy i Panasonic’a
  • Można podpiąć przez adapter praktycznie każdy obiektyw z lustrzanki, plus np. obiektywy z mocowaniem Leica M

Leica SL – wady

  • Cena. Bez komentarza
  • Ceny oryginalnych obiektywów
  • Ceny oryginalnych akcesoriów
  • Dostępność (na rynku wtórnym)
  • Duże wymiary
  • Bardzo wysoka waga
  • Dziwna obsługa menu, wymagająca przyzwyczajenia
  • „Kwadratowe” kształty sprzyjają wycieraniu się czarnej farby
  • Taki sobie autofocus
  • Osiągi matrycy nieco odbiegają od współczesnych konstrukcji

Na zakończenie

Zawsze podchodziłem do Leiki SL jak przysłowiowy „pies do jeża”. Z góry odrzucałem opcję zakupu tego aparatu, koncentrując się na dalmierzowych konstrukcjach z czerwoną kropką obok wizjera. Aż pewnego razu miałem okazję wziąć do ręki SL-a, zrobić nim parę zdjęć i … zakochałem się w tym aparacie. Jest trochę bez sensu, jak każda Leica. Ale ma w sobie „to coś”. Daje ogromną frajdę z fotografowania. I jest to zupełnie inny rodzaj frajdy, niż w przypadku M10-P czy M8. Tym bardziej warto zainteresować się tym aparatem.

Od najnowszych Sony, Nikonów i Canonów Leikę SL dzieli przepaść. Na dzień dzisiejszy to raczej sprzęt do delektowania się fotografią. Dopiero się z nim zapoznaję. Odkrywam jego możliwości i coraz bardziej mi się podoba. Na dokładną recenzję przyjdzie czas.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments