Beskidzki bilet do przeszłości. Jeden dzień na Szyndzielni
Sobota, 8:00 rano. W kubku paruje leniwa, weekendowa kawa, na talerzu ląduje śniadanie, a w głowie kiełkuje myśl: A gdyby tak rzucić wszystko i uciec w góry? Chociaż na parę godzin. Szybki rzut oka na mapy Google. Łódź – Bielsko-Biała. Niecałe 300 kilometrów, nieco ponad trzy godziny za kółkiem. Decyzja zapada szybciej, niż stygnie kawa. Jedziemy.
Powrót do przeszłości pod dolną stacją
Przed dwunastą jesteśmy już na parkingu pod Szyndzielnią. Przeskok z miejskich butów w trekkingowe, plecak ląduje na plecach i melduję gotowość do drogi. Przed nami jakieś półtorej godziny marszu.
Ruszając w stronę szlaku, mijamy sporo osób przy przystanku autobusowym. Zatrzymuję wzrok na charakterystycznej konstrukcji – pomniku ze starym wagonikiem kolejki. Jednym z tych, które kursowały tu do połowy lat 90.
Nagły powrót wspomnień. Doskonale je pamiętam. Miałem może z 10 lat, kiedy wsiadałem do nich z babcią. Wtedy mój lęk wysokości i silniejsze podmuchy wiatru, które bujały wagonikiem między potężnymi słupami, potrafiły podnieść ciśnienie. Dzisiaj po tamtym strachu nie ma już śladu, a plastikowa kapsuła kolejki przegrywa z czystą przyjemnością ruszania w górę o własnych siłach.





Zielona enklawa i ucieczka od tłumu
Sam szlak nie jest unikalny – to klasyczna, leśna droga, ale ma w sobie niesamowity urok. Dookoła szumi potężny, gęsty las: świerki, buki, graby i dużo soczystych paproci, które zawsze robią świetne wrażenie w kadrze. Co jakiś czas mijam puste ławeczki. Na szlaku panuje zaskakujący spokój. Większość turystów wybrała dziś wygodną podróż wagonikiem kolejki na szczyt, dzięki czemu leśną ciszę mamy niemal wyłącznie dla siebie.
Jedyny moment, kiedy warto zachować wzmożoną czujność, to przecięcia z trasami rowerowymi. Ze szczytu prowadzi szlak zjazdowy, więc od czasu do czasu między drzewami przemyka z zawrotną prędkością jakiś endurowiec.
Szyndzielnia
Po półtorej godziny miarowego podejścia las się otwiera. Szyndzielnia (1028 m n.p.m.) to absolutna klasyka Beskidu Śląskiego. Wznosi się dumnie tuż nad Bielskiem-Białą, będąc dla mieszkańców i przyjezdnych idealnym miejscem na weekendowy reset.
Na górze czeka pełna infrastruktura: górna stacja kolejki, schronisko o świetnej, alpejskiej architekturze (najstarsze w polskich Beskidach!), restauracja i wieża widokowa.
Dla mnie jednak najważniejszy jest bilet powrotny do natury. Rozwijam koc na trawie, wyciągam prowiant i po prostu patrzę w dal. Widok na panoramę Bielska-Białej i okoliczne pasma górskie to najlepsza możliwa kroplówka dla oczu, które na co dzień spędzają długie godziny wpatrzone w ekrany monitorów.






Droga powrotna
W dół ruszamy alternatywną, równoległą ścieżką. Tutaj rytm marszu wyznaczają już śliskie kamienie i gęsto splatane korzenie drzew – trzeba uważać pod nogi. Po kilkudziesięciu minutach sprawnego schodzenia zza drzew wyłania się budynek dolnej stacji.
Słońce świeci już łagodniejszym, popołudniowym światłem. Złota godzina powoli nadchodzi, a to znak, że pora pakować się do auta. O 21:00 parkuję pod domem w Łodzi.
Trzysta kilometrów w jedną stronę na jednodniowy spacer? Zdecydowanie warto. Ciało zmęczone, ale głowa doskonale przewietrzona.



