Sony A7CR – aparat idealny, ale nie do końca
Od czasów rewolucji bezlusterkowej, czyli premiery pierwszej generacji A7, Sony co chwilę wprowadza na rynek nowe aparaty. Japoński producent regularnie zapełnia kolejne nisze – często te, które chwilę wcześniej sam wykreował. Jednym z takich produktów jest Sony A7CR. W teorii legitymuje się niesamowitą specyfikacją, ale w praktyce ma kilka cech, do których można (a wręcz trzeba) się przyczepić.
Skąd pomysł na A7CR?
Sony A7CR zastąpiło w mojej torbie fotograficznej Fujifilm GFX 100S. Zaskakująca zamiana? Z pewnością, ale mocno przemyślana i poczyniona z pełnym przekonaniem.
GFX 100S to najlepszy aparat, jaki kiedykolwiek miałem. Średnioformatowa matryca generuje niesamowity obrazek. Rozdzielczość, szczegółowość, mikrokontrast, kolory – wszystko na najwyższym poziomie. To pierwszy korpus Fujifilm, który bezgranicznie skradł moje serce. Używałem go z podstawowym obiektywem GF 35-70 mm, który również pozytywnie mnie zaskoczył. Pomimo niezbyt imponujących parametrów na papierze, pozwalał w pełni wykorzystać zalety dużej matrycy, dając ostry, kontrastowy obraz bez absolutnie żadnych zarzutów.
Z czasem zapragnąłem jednak czegoś więcej. Zacząłem rozglądać się za szerokim kątem, portretówką z pięknym rozmyciem tła czy teleobiektywem. I tutaj zaczęły się schody, bo systemowe obiektywy Fujifilm do tanich nie należą. Zacząłem rozważać sens rozbudowy trzeciego systemu, w który musiałbym zainwestować kilkadziesiąt tysięcy złotych – zwłaszcza że „na półce” czekały już kompletne ekosystemy od Sony oraz Leiki M.
Ostatecznie stwierdziłem, że kolejny system jest mi kompletnie zbędny. Postawiłem na optymalizację tego, co już mam, zamiast inwestowania w nowe „zabawki”, które przez większość czasu kurzyłyby się w szafie.

Efekt? Do moich Sony FX3 oraz A7 IV dołączyło kompaktowe A7CR.
Jest to pewnego rodzaju kompromis. Potężna matryca w pewien sposób rekompensuje mi średni format z Fujifilm, a do tego mam natychmiastowy dostęp do bogatej bazy obiektywów i akcesoriów, które już posiadałem. Oczywiście pełna klatka to nie to samo co średni format, ale w moich zastosowaniach… powiedzmy sobie szczerze: w praktyce różnica nie rzuca się w oczy. I tak większość zdjęć oglądamy dziś na ekranach smartfonów lub laptopów.
Zalety Sony A7CR
Wystarczy spojrzeć w specyfikację A7CR, żeby przekonać się, że to uniwersalny kombajn, niemal idealny do wszystkiego.
- Zdjęcia? Proszę bardzo – rewelacyjna matryca o rozdzielczości 61 Mpix.
- Filmy? Nie ma problemu – 4K w 60 klatkach, 10-bitów i płaski profil S-Log3.
- Udogodnienia: Aktywna stabilizacja, odchylany ekran i nowe, odświeżone menu, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić.
Ogromnym plusem jest też zasilanie – bateria to oczywiście sprawdzona ogniwo NP-FZ100, czyli dokładnie to samo, co w FX3 czy A7 IV.
„Kropką nad i” okazały się jednak gabaryty. Waga i wymiary są zbliżone do aparatów z serii A6xxx (czyli z mniejszą matrycą APS-C). Żeby poprawić ergonomię, producent dorzuca w standardzie dokręcany od spodu grip (przedłużenie uchwytu). Początkowo podchodziłem do tego rozwiązania z rezerwą, ale w praktyce ten mały element diametralnie poprawia wygodę użytkowania. Mały palec zyskuje oparcie, dzięki czemu chwyt staje się pewny i bezpieczny.
To genialne rozwiązanie: kiedy potrzebuję maksymalnej ergonomii – dokręcam grip; kiedy zależy mi na miniaturyzacji – odkręcam go i mam aparat wielkości kompaktu.
Pamiętam czasy pierwszego A7 i falę narzekań na ergonomię. Mówiło się wtedy, że lustrzanki są lepsze, bo są bardziej przyjazne dla dłoni. Minęło trochę czasu i dostajemy A7CR – aparat dający użytkownikowi wybór: minimalne rozmiary kosztem chwytu albo świetna ergonomia po dodaniu akcesorium. Jestem pod wrażeniem, jak dobrze to zaprojektowano.
Co jeszcze warto wyróżnić?
- Stabilizacja matrycy (IBIS): Pomimo mikrych rozmiarów, inżynierom udało się wcisnąć do środka system stabilizacji. Producent deklaruje skuteczność na poziomie 5 EV. Ciężko to precyzyjnie zweryfikować, ale sam fakt jej obecności zasługuje na uznanie.
- Jakość wykonania: Przyciski pracują idealnie, choć z nieco innym skokiem i oporem niż w A7 IV czy FX3 (niektóre klikają głębiej, inne płycej). Wymaga to chwili przyzwyczajenia. Pokrętła działają bez zarzutu, w tym fizyczny przełącznik trybów: foto / film / S&Q.
- Ekran i wizjer: Ekran osadzono na bocznym zawiasie, co pozwala obrócić go „plastikiem na wierzch” na czas transportu, chroniąc matrycę. Dodatkowo w lewym górnym rogu obudowy znalazło się miejsce na wizjer (EVF), co znacząco ułatwia kadrowanie w pełnym słońcu.
- Autofokus: O układzie AF nie ma się co rozpisywać – jest potwornie szybki i piekielnie skuteczny, jak to w Sony. Do tego oferuje ogromne możliwości personalizacji pod własne preferencji.
Sony A7CR – co mogłoby być lepsze?
Czas na łyżkę dziegciu. Nie są to wady, które całkowicie dyskwalifikują ten aparat, a raczej cechy wynikające z bezpośredniego porównania z jego „bratem bliźniakiem”, czyli potężniejszym Sony A7R V. Te braki prawdopodobnie zobaczymy naprawione dopiero przy premierze A7CR II.
- Wizjer: Wielka zaleta, że w ogóle się pojawił. Jednak z racji tego, że został wciśnięty w płaski obrys obudowy, jest po prostu mały, dość ciasny i ma przeciętną rozdzielczość. Tutaj inżynierowie musieli pójść na bolesny kompromis gabarytowy.
- Zapis danych: Mamy tu tylko jeden slot na kartę pamięci, w dodatku obsługujący wyłącznie standard SD. Wielka szkoda, że nie udało się zastosować hybrydowego gniazda SD / CFexpress typu A, jak ma to miejsce w A7 IV. Brak drugiego slotu to ewidentne poświęcenie na rzecz miniaturyzacji.
- Złącza: Podobnie jak z kartami – ucierpiał port wideo. Zamiast pełnowymiarowego portu HDMI musimy zadowolić się złączem Micro HDMI.
- Stabilizacja: Jak wspomniałem – dobrze, że jest. Warto jednak pamiętać, że jej skuteczność to 5 EV, podczas gdy A7R V oferuje aż 7 EV.
- Konstrukcja ekranu: Nowsze modele Sony posiadają genialny, czteroosiowy system (ekran jest jednocześnie odchylany w osi obiektywu i otwierany do boku). W A7CR dostajemy klasyczny, wyłącznie boczny zawias. Szkoda.




Słowem podsumowania
Sony A7CR to niesamowity pokaz technologicznych mięśni japońskiego producenta. W korpusie, który bez problemu mieści się w kieszeni kurtki, zamknięto flagowe rozwiązania z dużo większych aparatów. I to właśnie ten argument ostatecznie przekonał mnie do zakupu.
Im jestem starszy, tym większą wagę przywiązuję do… wagi i gabarytów noszonego sprzętu. Kompromis pomiędzy mobilnością a jakością obrazu, jaki oferuje ten aparat, jest na ten moment po prostu nie do pobicia.
Oczywiście, na pokładzie znajdziemy pewne braki wynikające z miniaturyzacji (chciałoby się lepszej stabilizacji, dwóch slotów na karty czy dużego HDMI), ale coś za coś. Zobaczymy – może przy kolejnej generacji Sony znów nas zaskoczy i przesunie granicę tego, co niemożliwe jeszcze dalej.