Sigma 28-45 mm 1:1.8 DG DN – „zabójca” stałek?

Jeżeli od czasu do czasu czytacie moje wypociny na blogu, to wiecie, że jestem zwolennikiem obiektywów systemowych. Do systemu Leica M mam kilka szkieł tej marki, a do Sony FE – obiektywy produkcji Sony. Postanowiłem jednak zrobić wyjątek i bardzo dobre, uniwersalne szkło – Sony 24-70 GM – zastąpić… produktem Sigmy.

Dlaczego tak?

Lubię czasem poeksperymentować ze sprzętem foto. Sprzedawać, kupować, odkrywać nowe możliwości. Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie zastąpienie Sony 24-70 mm f/2.8 GM czymś innym. Bez wyraźnego powodu. Natywny obiektyw od Sony serii G-Master jest bardzo dobry. Nie można się doczepić do jakości obrazka, szybkości AF czy ergonomii. Ten obiektyw jest „przezroczysty”. Robi swoją robotę, dostarcza to, co obiecuje i nie sprawia problemów.

Naturalną drogą, żeby poprawić sobie komfort pracy, jest zmiana GM I na GM II. Druga generacja 24-70 ma inną konstrukcję, choć jakość obrazu pozostała na najwyższym poziomie. Doszedł pierścień przysłony, moim zdaniem bardzo użyteczny w codziennym fotografowaniu czy filmowaniu. Pojawiły się silniki liniowe, poprawiające i tak świetne osiągi AF. A co najważniejsze – zmniejszyły się waga i wymiary. 200 gramów może nie robi wrażenia na papierze, ale przy całodziennym użytkowaniu czuć to bardzo mocno. Wadą jest właściwie tylko cena.

Będąc prawie zdecydowanym na GM II, zacząłem się rozglądać po sieci i trafiłem na coś ciekawego: Sigmę 28-45 ze światłem f/1.8 w całym zakresie ogniskowych. Z mocowaniem Sony FE. Oczywiście po obejrzeniu Sigmy zajrzałem na stronę Sony, aby porównać ją z najnowszym Sony 28-70 mm f/2, ale… no właśnie. Za cenę Sony można kupić dwie Sigmy i jeszcze zostanie na dobre wakacje. Wiem, że szkła od Sony są benchmarkiem w branży, ale cenowo Japończycy odklejają się za bardzo od rzeczywistości. Może gdy na rynku pojawią się używane egzemplarze, będzie można pomyśleć o zakupie. Na razie Sigma cenowo nokautuje swojego „firmowego” rywala.

To moja pierwsza Sigma od 15 lat

Tak, miałem kiedyś obiektywy tej marki. Do Nikona D90. Najpierw 17-70 mm f/2.8-4, później szerokokątny zoom 10-20 mm. Pierwszy z nich był słaby w porównaniu do systemowych szkieł. AF nie trafiał tam, gdzie chciałem, do tego dochodziły problemy z front-focus/back-focus. Jak to w lustrzankach. W miarę szybko się go pozbyłem. Sigma 10-20 była dużo lepsza i oferowała bardzo dobrą jakość obrazu. Szybkość czy celność AF nie była problemem przy tym zakresie ogniskowych i świetle f/4.5. Później, zmieniając body na D800, już nie brałem pod uwagę produktów Sigmy. Tylko Nikkory, przeważnie ze złotym paskiem.

Pamiętam, że gdy zmieniałem system z Nikona na Sony FE, na rynku były już pierwsze stałki Sigmy serii ART, które zbierały rewelacyjne opinie. Mnie jednak ominął czas zachwytu pierwszymi „Artami”, bo w mojej torbie wylądował rewolucyjny na tamte lata aparat – bezlusterkowiec Sony A7 II.

W ten sposób dochodzimy do 2026 roku. Sigma nie jest już postrzegana jako producent drugiej kategorii, tylko jako pierwszoligowy gracz. Na pewno pomógł alians „L-mount” z dwoma znanymi producentami korpusów – Leiką i Panasonicem. A model 28-45 ze stałym światłem 1.8 w całym zakresie jest pokazem siły i innowacyjności japońskich inżynierów, którzy dogonili, a w wielu przypadkach przegonili tych, którzy konstruują szkła systemowe.

Jaka jest Sigma 28-45 mm f/1.8 DG DN?

Jest pokazem możliwości i manifestacją siły. Kiedy inni zastanawiają się, jak zrobić stałkę ze światłem 1.8 dobrze skorygowaną optycznie, Sigma mówi „potrzymaj mi piwo” i daje zooma o niesamowitych parametrach.

To tyle, jeżeli chodzi o wstęp, pora przejść do konkretów. Zaczynamy od pierwszego wrażenia. Czy ten obiektyw jest duży i ciężki? Tak. Zdecydowanie, ale odczuwalnie plasuje się w okolicach przeciętnego 24-70 mm f/2.8. Konkretnie – 950 gramów. Czyli owszem, ma swoją wagę, którą czuć w torbie, ale podczas fotografowania jest całkiem OK. Wielkość jest również akceptowalna. Mamy więc 1:0 dla Sigmy za wagę i rozmiar, a ja dokładam punkt na 2:0, pisząc o ergonomii. Wygoda użytkowania jest super, pierścienie chodzą z przyjemnym oporem, chociaż trzeba się chwilę przyzwyczaić, że pierścień zoomu obraca się w inną stronę niż w obiektywach systemowych. Wszystkie przyciski i przełączniki są pod ręką.

Wynik rośnie do 3:0, jeżeli dodam do tego pochwały za jakość zastosowanych materiałów i wykonania. Obudowa jest oczywiście z tworzywa sztucznego, ale czasy metalowych korpusów dawno się skończyły. I chyba dobrze, bo gdyby Sigma zdecydowała się na metalowe wykończenie, waga poszybowałaby w górę jak inflacja w pandemii. Zgodnie z aktualnymi trendami mamy pierścień przysłony z przełącznikiem umożliwiającym zmianę trybu regulacji (skokowy/płynny). Oficjalne źródła wspominają również o licznych uszczelnieniach, czego nie miałem okazji sprawdzić i mam nadzieję, że nie będę musiał.

Średnica gwintu filtrów to 82 mm. Bardzo mnie to cieszy, bo oznacza, że w trzech obiektywach mam ten sam rozmiar. Super! Pozostałością ze starych czasów jest gumowane wykończenie tulipana, który swoją drogą sprawia solidne wrażenie. Może się to podobać lub nie – ja chyba wolałbym zwykły plastik bez efektu „gumowatości”. Ale tutaj czepiam się trochę na siłę. Generalnie na tym etapie nie można nic zarzucić Sigmie, choć w moim subiektywnym odczuciu 24-70 f/2.8 GM II od Sony jest delikatnie z przodu, biorąc pod uwagę rodzaj użytego tworzywa. Jakościowo jest jednak porównywalnie.

Osiągi optyczne, czyli jakie to robi zdjęcia?

Teraz będzie „samo gęste”, czyli ocena jakości zdjęć wygenerowanych za pomocą tego instrumentu. Zastanawiam się, co napisać, bo wypadałoby podsumować tę część jednym słowem: „idealne”. Jest bardzo ostro od f/1.8. Jeżeli zastanawiasz się, czy kupić trzy stałki o ogniskowych 28, 35 i 45 mm, to mam dla Ciebie dobrą wiadomość: te trzy typowe szkła można z powodzeniem zastąpić jednym.

Oczywiście może paść argument wielkości i wagi, ale mając przypięty zoom 28-45, nie muszę się co chwilę przepinać, marnując czas i narażając matrycę na kurz. Szach i mat. Sigma zastępuje przynajmniej trzy stałki i robi to w sposób genialny. Oczywiście mamy do czynienia z niewielką beczkowatością i winietowaniem przy maksymalnym otworze, ale w dzisiejszych czasach takie rzeczy załatwia z automatu profil w programie do obróbki.

Trudno napisać coś więcej, bo 18 soczewek zebranych w 15 grupach robi niesamowitą robotę. Ostrość absolutna od pełnego otworu przysłony, bez względu na ogniskową. Szczęka opada, a umysł zaczyna zadawać pytanie: co dalej? Czy recenzowanie obiektywów ma jeszcze sens, skoro każda nowa konstrukcja jest z automatu doskonała?

Jedziemy dalej – bokeh. Spodziewałem się typowego, nudnego rozmycia tła i mocno się pomyliłem. Sigma 28-45 mm f/1.8 daje ciekawy, nieco „nerwowy” bokeh, trochę w stylu starej Leiki. Poniżej zdjęcie zrobione na 45 mm przy f/1.8. Znak jest idealnie ostry, nie ma aberracji chromatycznych, a tło jest rozmyte w bardzo interesujący sposób.

A skoro jesteśmy przy bokeh, trzeba wspomnieć o minimalnej odległości ostrzenia. Tutaj przeżyłem kolejny szok, bo ten obiektyw zachowuje się prawie jak makro. Oficjalne dane podają 30 cm, ale w praktyce możemy spokojnie fotografować liście, owady czy małe przedmioty, odkręcając zoom na 45 mm i maksymalnie przybliżając „lufę” do obiektu. Po raz kolejny szczęka opada. Super stałka, zoom i makro w jednym!

Teraz trochę o pracy pod światło. Wydawałoby się, że przy 18 soczewkach obiektyw będzie łapał odblaski. W praktyce zmuszenie go do „wyprodukowania” blików jest trudne. Postęp, jaki dokonał się w kwestii projektowania toru optycznego i powłok, jest ogromny. Kosmos. Nie powiem, że blików nie ma wcale, ale jest bardzo dobrze.

Przydałoby się do czegoś przyczepić…

W typowej recenzji wspominam o cenie – że wysoka, że się nie opłaca itd. Ale narzekać na cenę Sigmy 28-45 mm to grzech. Kosztuje mniej niż połowę tego co Sony, dając lepsze światło, idealną jakość obrazu i świetne zdolności makro.

Dlatego wymienię dwie inne słabości, choć to czepianie się na siłę. Po pierwsze – zakres ogniskowych. O ile 28 mm wystarcza, o tyle 45 mm to krótko, zwłaszcza jeśli jesteście przyzwyczajeni do 24-70 mm. Często łapię się na tym, że chciałbym przekręcić pierścień dalej, ale się nie da. To nie zarzut, raczej cecha, ale kto wie? Może kolejna generacja zaoferuje 24-70 mm f/1.4? Wtedy pewnie będziemy narzekać, że dlaczego nie do 105 mm…

Po drugie – układ AF. Jest oparty o silniki liniowe, działa bezszelestnie i szybko. Podczas filmowania i fotografowania – bajka. Ale czasem, w nietypowych sytuacjach, ustawia ostrość nie tam, gdzie chcę. Sony nieco lepiej „czytało w moich myślach”. Sigmie muszę czasem pomóc, co też jest drobnym minusem wyciągniętym nieco za uszy.

Werdykt końcowy

Co tu więcej pisać? Za połowę ceny szkła systemowego mamy produkt superjasny, świetnie wykonany, który daje genialne obrazy i „nie klęka na robocie”. Mam wrażenie, że technologia doszła do poziomu, w którym postęp jest już niemal niemożliwy. Pamiętam czasy, gdy w sklepie wybierało się jeden obiektyw spośród kilku sztuk ze względu na rozrzut jakościowy. Minęło kilkanaście lat i mamy Sigmę, do której trudno mieć zastrzeżenia.

Dalej jest już tylko AI, które pewnie niedługo stanie się integralną częścią oprogramowania szkieł. Czego się nie „sfotografuje”, to się „dogeneruje”. Czego Wam i sobie nie życzę – a teraz idę wypić zieloną herbatę na uspokojenie 🙂

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze