Ranking cyfrowych „wynalazków”. Czyli jaki aparat kupić, żeby dobrze się bawić?

Jeżeli „robisz ślubniaki” od poniedziałku do piątku lub „obskakujesz” komercyjne sesje fotograficzne, to musisz mieć dobry sprzęt foto w swojej torbie. Szybki, niezawodny, nowoczesny, ergonomiczny. I prawdopodobnie nie zainteresujesz się żadnym aparatem z poniższej listy.

Ale jeżeli jesteś hobbystą, cieszysz się z każdej chwili, w której trzymasz aparat w ręku, a wciskanie spustu migawki wywołuje u Ciebie uśmiech na twarzy – możesz zapoznać się z moim subiektywnym zestawieniem najciekawszych „wynalazków”, którymi można się doskonale bawić. I robić równie dobre zdjęcia.

Oczywiście można wyjść z założenia, że nie warto się oglądać na starymi „gratami”. Skoro za kilka, kilkanaście tysięcy złotych można kupić nafaszerowanego nowinkami bezlusterkowca + kilka dobrych szkieł. Ale czy ten najnowszy, „nudny” aparat będzie generował ten specyficzny dreszczyk emocji, uśmiech na twarzy?

1. Leica M8

Ten aparat to mój numer jeden od wielu lat. Moje największe fotograficzne odkrycie, niesamowite body, które zostanie ze mną już na zawsze. Kupiony z ciekawości, dla zabawy, z założeniem dalszej odsprzedaży – zaskoczył mnie absolutnie swoim unikalnym charakterem.

Nie będę się rozpisywał na temat Leiki M8, bo poświęciłem jej kilka wpisów, które można znaleźć na blogu. Konstrukcyjnie korpus ma prawie 20 lat na karku, a w świecie techniki cyfrowej to cała wieczność. Kodaka, od którego Leica kupowała matryce, już nie ma. Technologia konstrukcji sensorów CCD odeszła w zapomnienie, zastąpiona szybszą i oferującą większe możliwości technologią CMOS. A M8 nadal robi zdjęcia, z charakterystycznym dla siebie dźwiękiem migawki, który we wspaniały sposób nawiązuje do minionej, analogowej epoki.

Czy 10 Mpx to mało? Tak, dopóki nie zobaczysz, co wypluwa z siebie M8. Po podłączeniu dowolnego obiektywu, którego nazwa kończy się na „-cron” czy „-lux” można oglądać zdjęcia na monitorze w powiększeniu 100% i delektować się szczegółowością, ostrością i niesamowitym mikrokontrastem. A to wszystko dopełnione zjawiskowymi kolorami z matrycy CCD z cieńszym, niż powinien być, filtrem UV.

Leica M8 to numer jeden na mojej prywatnej liście „najlepszych zabawek” wśród aparatów fotograficznych.

2. Epson R-D1

Nie miałem nigdy tego korpusu. Ale bardzo chciałbym go mieć i z pewnością nadejdzie kiedyś ten moment, kiedy jakiś ładny egzemplarz zawita w mojej torbie foto. Dlaczego ten aparat jest ciekawy? Chociażby dlatego, że to pierwszy cyfrowy dalmierz. Firma Epson, wypuszczając R-D1 w 2004 roku udowodniła Leice, że „jednak się da”.

fot.: materiały prasowe producenta

Kształtem przypomina Leikę M, ale ma swój własny, unikalny charakter. Widać to chociażby po analogowych wskaźnikach schowanych na szczycie korpusu. Wygląda to jak żywcem wyjęte z tablicy rozdzielczej sportowego samochodu. To, w jaki wspaniały, mechaniczny sposób te wskazówki się poruszają! Można się zakochać. Kręciłbym nastawami aparatu nie robiąc zdjeć i patrzył na te wskazówki! Coś pięknego. Do tego wajcha do przewijania filmu zintegrowana z przełącznikiem on/off. Wspaniały relikt przemijającej epoki. Idealny dla zatwardziałych zwolenników robienia zdjęć na filmie, którzy przez przypadek zabłąkali się w cyfrowej rzeczywistości.

fot.: materiały prasowe producenta

Parametry techniczne, oczywiście żałosne, biorąc pod uwagę możliwości współczesnych aparatów. Rozdzielczość to jedynie 6.1 Mpx. Ale za to mamy możliwość robienia zdjęć w formacie RAW i mocowanie Leica M, które umożliwia podpięcie najlepszej szklarni na świecie.

3. Ricoh GXR

Pierwszy „Riko” w zestawieniu, ale nie ostatni. Patrząc na ten niepozornie wyglądający, japoński aparat, zawsze zastanawiam się: „co oni mieli w głowie, że wprowadzili na rynek coś takiego”? O ile rynkowym standardem jest wymienna optyka, zastosowanie dedykowanego mocowania, zwanym potocznie „bagnetem”, o tyle wymienne obiektywy z matrycą? O co chodzi?


Chodzi o to, że w Ricoh GXR wymiennym elementem jest obiektyw razem z matrycą. Po odłączeniu modułów w ręku zostaje nam tylna ścianka i uchwyt, w którym kryje się bateria. Możemy wybierać pomiędzy zestawami z matrycą APS-C lub 1/1.7″ albo 1/2.3″ (rozdzielczości od 10 do ponad 16 Mpx). Dostępne ogniskowe obiektywów to ekwiwalenty 28 i 50 mm. Do tego zoom-y odpowiadające zakresom: 24-85, 24-72 i 28-300 mm. Ale to nie wszystko. Jeden z modułów spiętych z matrycą APS-C został wyposażony w mocowanie Leica M!

fot.: materiały prasowe producenta

Mam nadzieję, że wpadnie mi w rękę taki sprzęt. Podpiąć matrycę do uchwytu i do tego wszystkiego zapiąć Summicron-a. Cóż za absurdalny pomysł!

4. Nikon Df

Kolejny „dinozaur”, ale stosunkowo młody, biorąc pod uwagę resztę stawki w tym zestawieniu. Aparat ze złotych czasów lustrzanek cyfrowych. I do tego z segmentu „premium”, co oznacza najwyższą japońską jakość i adekwatną do tej jakości cenę.

fot.: materiały prasowe producenta

Pokazany w 2013 roku Nikon Df nawiązywał wyglądem do analogowego dziedzictwa, zanim zrobiło to się modne. Trochę szkoda, że fantazja konstruktorów skończyła się na efektownie zaprojektowanym korpusie. Gdyby doszła do tego linia obiektywów w stylu „vintage”, byłoby idealnie. Co prawda z Df pojawiła się 50-tka f/1.8 trochę nawiązująca do korpusu, ale wyglądało to mało spektakularnie i zakończyło się na jednym obiektywie.

Stylowy korpus mieści w środku mix komponentów, znanych z innych, nudno wyglądających lustrzanek Nikona. Czyli matrycę 16 Mpx z flagowego modelu D4, moduł Af i ekran z udanego D610. Do tego standardowy bagnet „F” pozwalający podpiąć całe mnóstwo ciekawych obiektywów. Pamiętam czasy, kiedy debiutował Df. Nie wiadomo było, kto ma być odbiorcą tego korpusu? Zawodowcy używali flagowych modeli D3, później D4. Cenionym, uniwersalnym body było „legendarne” D700, a amatorzy sesji studyjnych spoglądali w stronę D800i następny – D810. Amatorom wystarczał D600 i poprawiony D610. W gamie Nikona nie było miejsca na nowe, profesjonalne (i drogie) body, które oprócz wyglądu nie oferowało właściwie nic.


Model Df to moim skromnym zdaniem jedyny cyfrowy Nikon, który ma mocny potencjał kolekcjonerski. Jeżeli ktoś tęskni za „klapaniem” lustra podczas robienia zdjęć, warto przeglądać zagraniczne portale ogłoszeniowe. Ten korpus nigdy nie był hitem sprzedaży, a z czasem coraz mniej egzemplarzy pojawia się na rynku wtórnym.

5. Sigma DP1

Sigma jest znana z doskonałych konstrukcji obiektywów. Od dawna robili fajne szkła-zamienniki dla różnych systemów czołowych producentów lustrzanek, aż pewnego dnia pokazali coś, co miało dopisek ART na końcu nazwy i „pozamiatało” na rynku. Ale nie o obiektywy chodzi w tym wpisie, ale o aparaty. Do korpusów Sigma zasadniczo nie miała nigdy szczęścia, i tak jest również z modelem DP1.

Sigma DP1 wygląda jak typowy japoński „klocek”, który ma już kilkanaście lat na karku. Nic szczególnego. Obiektyw f/4, stałka o ekwiwalencie 28 mm. Matryca APS-C Foveon X3. No właśnie, o co chodzi z tą matrycą?

fot.: materiały prasowe producenta

Nie jest to CCD ani CMOS. To autorska konstrukcja firmy Foveon Inc., która opiera się na zupełnie innym schemacie rejestrowania obrazu przez matrycę. O ile w „normalnych” czujnikach mamy 3 diody odpowiedzialne za generowanie jednego piksela, o tyle tutaj mamy 3 warstwy nałożone na siebie, rejestrujące sygnał. Nie będę wchodził dalej w rozważania natury matematyczno-fizycznej. Można na ten temat przeczytać naprawdę dużo wyczerpujących opracowań. Można również przeczytać na wielu stronach www, że „matryca Foveon X3 jest najdoskonalszą matrycą stosowaną obecnie w fotografii cyfrowej”. Obecnie, czyli kilkanaście lat temu.

Pomysłowa konstrukcja sensora nie przekonała klientów i nie zawojowała rynku. Obecnie ciężko kupić DP1, a ceny dostępnych egzemplarzy zaczynają być nieprzyzwoicie wysokie, jak na tego typu wynalazek. Nie zmienia to faktu, że chciałbym kiedyś poczuć magię kolorów z Foveon-a. Zdecydowanie.

6. Ricoh GRIII

„Riko” GR3 to zwykły aparat, który można kupić w sklepie. Nowy kosztuje ok. 4.000 zł i na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. Ot, taki zwyczajny, czarny kompakt, który przypomina chińczyka ściągniętego ze znanego portalu za 10$ + cło i VAT. I właśnie tak ma być!

Jeżeli zastanawialiście się, jaki aparat wybrać do fotografii ulicznej, miejskiej, na szybkie wypady poza miasto, na rower, żeby mieć go zawsze przy sobie… To już nie musicie się zastanawiać, bo najlepszy będzie Riko GRIII. Koniec, kropka.

Ja wiem, że Leica jest super, i większość wpisów na tym blogu jest poświęcone aparatom z czerwoną kropką „na masce”. Ale „Riko” to inna bajka. Można go trzymać w dłoni tak, żeby nikt nie widział. Robi zdjęcia bezszelestnie, szybko i bez zwracania na siebie uwagi. Szybko się włącza i wyłącza. Jest solidnie zbudowany.

I pewnie myślicie, że taki kompakcik, to niewiele może? Przeciwnie, jest napakowany wszystkimi możliwymi gadżetami w stylu: stabilizacja matrycy, dotykowy ekran, pierdylion opcji w menu, nagrywanie filmów, pamięć wewnętrzna 2 GB i złącze USB-C. Jeżeli jest coś, co chcielibyście mieć w takim aparaciku, to w GRIII to na pewno to znajdziecie.

Do tego wisienka na torcie: super-ostry obiektyw o ekwiwalencie 28 mm, fajna matryca APS-C, fajne kolory, szybki AF.

Za cenę Leiki M11 z Cron’em 28 mm (40.000 + 20.000 = 60.000 zł) możecie śmiało kupić 25 sztuk Ricoh GRIII. Powinno wystarczyć do końca życia 🙂

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Riccardo
Riccardo
1 rok temu

Mam jeszcze Sigme dp2s – z obiektywem 41mm. Bardzo przyjemny aparat, bajeczna ostrość i kolory, koszmarny AF. Ale ją lubię, foveon ma coś w sobie.

Artur
Artur
1 rok temu
Reply to  Riccardo

Mam także ta Sigmę. Aparat jest świetny, bdb wykonany mi przynajmniej bardzo odpowiada konstrukcja. Wada to wspomniany AF, trudno nawet nazwać go koszmarnym :), rekompensatą są zdjęcia….mają moim zdaniem niesamowite to coś, przepiękne kolory i jakość. Cudny aparat. Mam też wspomnianego Ricoha, oba fantastyczne, każdy z unikalnym sznytem.

Keek
9 miesięcy temu

Jeśli lubisz patrzeć na wskazówki to polecam Nikona 28/35Ti 😀