FujiFilm X-M5 – dlaczego się nie polubiliśmy?
Plan był prosty. Mały, kieszonkowy bezlusterkowiec z wymiennymi obiektywami. Alternatywa dla Ricoh GRIII, ale z możliwością zapięcia małej stałki, albo kompaktowego zoom-a. Po bardzo „ciepłych” recenzjach YouTube-owych influencerów postanowiłem wypróbować ten aparat. I szybko się go pozbyłem.
Wprowadzenie
Jednym z moich wpisów na blogu, który dobrze się „kliknął”, był test aparatu FujiFilm X-T4. Miałem go na weekend i oddałem bez najmniejszego żalu. Po prostu mi się nie spodobał. Nie odpowiadała mi ergonomia, nie przypadła do gustu obsługa menu, a profile symulujące różne rodzaje filmów analogowych zupełnie mnie nie przekonały. Pod artykułem pojawiło się sporo komentarzy, najczęściej podważających mój surowy „wyrok”.
Przed X-T4 przez chwilę korzystałem z X-Pro1, który bardzo szybko wylądował na OLX i znalazł nowego właściciela. Były to początki ery bezlusterkowców i wtedy tego typu konstrukcje przegrywały w starciu z lustrzankami.
Niezrażony wcześniejszymi doświadczeniami z aparatami FujiFilm, postanowiłem spróbować po raz kolejny i sięgnąć po najnowszy wówczas model – X-M5. Jak łatwo wywnioskować z tytułu tego wpisu, trzecia próba przekonania się do sprzętu japońskiego producenta również zakończyła się niepowodzeniem.
Recenzje kontra rzeczywistość
Tak, wiem. Większość recenzji w internecie jest mocno „podkręcona”. Zamiast rzetelnych dziennikarzy mamy influencerów, którzy zachwalają wszystko, co dostaną w ramach współpracy. Dlatego każdy nowy aparat czy obiektyw musi być „przynajmniej o 20% lepszy od poprzedniego”. Rzeczywistość wygląda inaczej – technika rozwija się powoli, a marketing lubi przyspieszać tempo.
Aparat jednak jakiś trzeba mieć. Zależało mi na małym, kompaktowym korpusie o większych możliwościach niż wspomniany wcześniej Ricoh GR III. Mógł być odrobinę większy, byle wciąż mieścił się w kategorii sprzętu miejskiego, który da się wrzucić do torby czy większej kieszeni. Dodatkowo, w razie potrzeby, chciałem mieć możliwość podpięcia dłuższego obiektywu i zrobienia z tej małej puszki zestawu bardziej „profesjonalnego”. Dlatego zdecydowałem się na zakup X-M5.




Wygląd i ergonomia
FujiFilm X-M5 na pierwszy rzut oka może się podobać. Ma charakterystyczne retro-kształty, ale odświeżone w stosunku do innych modeli. Wygląda nowocześniej i mniej pudełkowato. Brak wizjera to oczywista wada, ale rekompensuje ją spory, odchylany ekran. Do tego dochodzi wiele pokręteł i przycisków, które przywodzą na myśl stare, analogowe aparaty.






Menu i grafika ekranu – tragedia
Niestety, menu wciąż pozostaje piętą achillesową. Nie potrafię przekonać się ani do jego wyglądu, ani do logiki rozplanowania opcji. Czcionka jest raz ściśnięta, raz rozstrzelona, co wygląda archaicznie. Dlatego wolę korzystać z wersji angielskiej niż z polskiej. Całość sprawia wrażenie chaotycznej i zbyt rozbudowanej – zamiast porządku mamy gąszcz zakładek i opcji, w którym łatwo się pogubić.
Obsługa – tragedia
Moim zdaniem logika przycisków i ustawień jest najsłabsza spośród wszystkich współcześnie produkowanych aparatów. To, co przeszkadzało mi w X-T4, powtórzyło się w X-M5. Żeby w pełni oswoić całą „klawiszologię”, musiałbym spędzić z tym aparatem wiele miesięcy. Same przyciski i pokrętła są niewielkie, co tłumaczy kompaktowy rozmiar korpusu, ale inni producenci – choćby Ricoh w modelu GR – poradzili sobie z tym znacznie lepiej. Tam wszystko jest bardziej intuicyjne, lepiej rozmieszczone, wygodne w użyciu. Aparat jest „przezroczysty” – można skupić się na kadrze, zamiast na walce z obsługą.
Kitowy obiektyw – FujiFilm 15-45/3.5-5.6 XC OIS PZ – tragedia
Kitowy obiektyw także mnie rozczarował. Choć jakość zdjęć broni się całkiem dobrze, to wykonanie i kultura pracy wołają o pomstę do nieba. Plastikowa konstrukcja, głośne, powolne ostrzenie i konieczność wysuwania się po włączeniu oraz chowania po wyłączeniu aparatu – wszystko to zabiera czas i generuje nieprzyjemne dźwięki. Zoom działa na zasadzie elektrycznego silniczka, który piszczy i reaguje z opóźnieniem. Brrr! Zdecydowanie nie jest to zestaw do szybkich, dynamicznych ujęć – bardziej nadaje się dla kogoś, kto nie ma nic przeciwko spokojnemu kadrowaniu.
Viltrox AF 28mm F4.5 Fuji FX – zamiast „naleśnika” od FujiFilm
Na szczęście istnieje ciekawsza alternatywa – Fujifilm XF 27 mm f/2.8 R WR II. To mały „naleśnik”, idealnie pasujący do kompaktowego korpusu X-M5. Problem w tym, że przez długi czas był praktycznie niedostępny. Sklepy i portale świeciły pustkami, a na rynku wtórnym zadbane egzemplarze pojawiały się bardzo rzadko. Oczywiście, w momencie gdy czytasz ten tekst, sytuacja mogła się zmienić, ale na początku 2025 roku wyglądało to właśnie tak.
Dla osób stawiających na kompaktowe rozmiary ciekawą opcją jest również Viltrox 27 mm za niespełna 400 zł. Oferuje przyzwoitą jakość zdjęć i wpisuje się w klimat taniego, lekkiego sprzętu. Ciekawostką jest nietypowa konstrukcja – zamiast dekielka ma osłonę, która chowa przednią soczewkę po przesunięciu małej dźwigni. To wygodne rozwiązanie. Sam obiektyw sprawia solidne wrażenie, ale w rękach czuć, że zastosowano tańsze materiały. Dla mnie, przyzwyczajonego do pracy na sprzęcie premium, różnica była bardzo wyraźna.





Ehhh…
Podsumowując, FujiFilm X-M5 okazał się aparatem, który bardziej mnie zniechęcał do robienia zdjęć, niż do nich zachęcał. Ergonomia, menu i obsługa nie trafiły w mój gust. Kitowy obiektyw ma właściwie tylko dwie zalety – kompaktowe wymiary i całkiem niezłą jakość obrazu.
Myślałem, że X-M5 zastąpi mi Ricoh GR III i GR IIIx. Że małe bezlustro z przypiętym „naleśnikiem”, mieszczące się w kieszeni spodni, będzie idealnym aparatem na szybkie wypady do miasta czy na rower. Ale Ricoh ma w sobie „to coś”, co sprawia, że fotografowanie nim jest czystą przyjemnością. Menu jest proste, czytelne i estetyczne – zupełnie inne niż w aparatach FujiFilm.
Czy dam jeszcze jedną szansę kolejnemu APS-C od FujiFilm? Raczej nie… ale zobaczymy, co przyniesie życie. 🙂
