Sony FE 40 mm f/2.5 G (SEL40F25G) – złoty środek

Powiedzmy sobie szczerze. W obecnych czasach skonstruowanie obiektywu do pełnej klatki o ogniskowej 40 mm i jasności f/2.5 to przysłowiowa bułka z masłem. Tego typu szkieł na rynku jest bez liku. Czy warto w takim razie zainteresować się kompaktową 40-stką od SONY? W tym wpisie postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Jeden z trzech

Na początku wypada zrobić mały wstęp historyczny. W pierwszej połowie 2021 roku, SONY zaprezentowało w tym samym dniu, 3 niewielkich rozmiarów stałki: 24 mm f/2.8, 40 mm f/2.5 i 50 mm również ze światłem f/2.5. Skąd taki ruch? To proste. Coraz popularniejsze nagrywanie filmów bezlusterkowcami zmusiło producentów do zweryfikowania oferty obiektywów. Nie zawsze to, co sprawdza się w fotografii będzie odpowiednie do filmowania. Dlatego SONY wymyśliło, że da filmowcom kompaktowy, bardzo zbliżony pod kątem wagi, wymiarów i osiągów zestaw stałek o różnych ogniskowych. Ważnym parametrem był taki sam rozmiar filtra – 49 mm. Kto chociaż raz korzystał z gimbala i odczuł potrzebę przepięcia obiektywu wie, że posiadanie szkieł o takiej samej masie i wynikającym z tego faktu braku konieczności kalibrowania zestawu, jest na wagę złota. Szybko można przerzucić się między 24, 40 a 50 mm. Filtr szary, często używany w filmowaniu można mieć jeden, w rozmiarze 49 mm.

Mi zasadniczo odpowiada takie podejście, dlatego nabyłem drogą zakupu najpierw 40 mm. A gdy okazało się, że do filmowania to jest za wąsko – dorzuciłem do tego 24 mm. 50-tkę sobie darowałem, bo miałem już SONY GM 50 mm f/1.2. Nie chciałem dublować ogniskowych, chociaż G-Master jest strasznie wielki i ciężki. Z resztą, różnica pomiędzy 40 a 50 mm nie jest aż taka duża.

Tym sposobem mam w torbie foto dwie stałki do SONY A7 IV – 24 mm f/2.8 i 40 mm f/2.5, którymi można „obskoczyć” 90% tematów fotograficznych (i filmowych też). Jest lekko, sympatycznie i generalnie gra muzyka.

Ergonomia i budowa

Obudowa jest oczywiście wykonana z plastiku, ale w dzisiejszych czasach to nie jest wada. W końcu osiągnięcie niskiej wagi było możliwe przy szerokim zastosowaniu tworzyw sztucznych. Na szczęście wybrano te dobrej jakości i na dokładkę bardzo starannie to wszystko poskładano do kupy. Tym niewielkim urządzeniem optycznym bardzo przyjemnie się pracuje.

Ciekawa jest osłona przeciwsłoneczna, potocznie zwana tulipanem. Ma charakterystyczny kształt. Im dalej od przedniej soczewki, tym jest węższa. Nietypowe rozwiązanie, ale ma to swoje zalety. Pierwsza jest taka, że osłona jest bardzo małych rozmiarów. Zaleta numer dwa – zyskujemy możliwość nakręcenia filtra na gwint umieszczony z przodu. To taki mały „ficzer” wyróżniający omawiany obiektyw.

„G”, czyli ten trochę lepszy

Ten, kto orientuje się trochę w nomenklaturze SONY wie, że najlepsze z najlepszych obiektywów to seria G-Master. Najgorsze, często kit-owe szkła nie mają żadnego oznaczenia, a gdzieś pomiędzy jest cała masa zaślepek do korpusów oznaczonych literką „G”. Czyli coś trochę lepszego niż „podły” obiektyw podstawowy, ale do GM dużo brakuje. Teoretycznie dużo jakości, a w praktyce przede wszystkim dużo złotych polskich.

W praktyce, patrząc na efekty obrazowania kompaktowej 40-stki od SONY… nie ma się do czego przyczepić. Od maksymalnego otworu przysłony jest ostro. Nie ma winietowania, nie ma aberracji chromatycznych. Nie ma się do czego przyczepić. Obraz jest czysty, sterylny, klinicznie poprawny. Bez charakteru starych konstrukcji Leiki czy Zeiss’a. Ot, taki po prostu solidny typ.

Przy tej ogniskowej i maksymalnym otworze przysłony f/2.5 możemy przyjrzeć się rozmyciu tła. Jak widać na załączonym obrazku bokeh posiada moim skromnym zdaniem odrobinę charakteru. Tak trochę, nie za dużo. Nie jest to z pewnością totalne „mydło”.

Sama ogniskowa mi osobiście bardzo pasuje. Miałem kiedyś przez chwilę Ricoh’a GRIIIx, z obiektywem o ekwiwalencie ogniskowej 40 mm i miło go wspominam. Nie będę tutaj się rozpisywał w temacie „Riko”, ale sam sposób patrzenia na świat mając do dyspozycji „czterdziestkę” jest bardzo ciekawy.

Trochę o filmowaniu

Do filmowania ten obiektyw jest rewelacyjny. AF działa bardzo szybko i bezszelestnie. W szybkiej obsłudze (i zamontowaniu akcesoriów) pomagają „ząbkowane” pierścienie ostrości i przysłony. Dodatkowo mamy możliwość wybrania przełącznikiem – czy przysłona ma być zmieniana skokowo, czy płynnie.

Niska waga to zaleta przy długotrwałym użytkowaniu. Bieganie cały dzień z 24-70 GM f/2.8 potrafi wykończyć fizycznie. Pracując małą 40-stką od SONY mięśnie odpoczywają.

Plusy i minusy – szczerze o Sony FE 40 mm f/2.5 G

No dobra. Pora na małe podsumowanie.

Na pewno jest to propozycja bardziej dla filmowców, a nie dla fotografów. Ale jeżeli zapalonemu fotografowi „podejdzie” tego typu konstrukcja, to będzie bardzo zadowolony. Mi podchodzi, i marzy mi się zmiana korpusu z SONY A7 IV na np. A7CR (mniejsze body) i podpięcie pod to takiej małej, bardzo fajnej 40-stki. W praktyce otrzymujemy coś, co od biedy zmieści się w kieszeni kurtki, a ma kosmiczne możliwości. I wciąż kosztuje połowę tego, co Leica Q 43. I jest bardzo ciekawym zestawem np. do street foto.

Z plusów trzeba wyróżnić niewielką wagę i małe rozmiary. Podkreślając jeszcze raz unifikację z dwoma bliźniaczymi obiektywami – 24 i 50 mm. Jakość wykonania jest bez zarzutu. Jakość obrazu super. Bez charakteru, ale czysto i bez żadnych przykrych niespodzianek.

Minus jest jeden. I jest to moim zdaniem cena. Oczywiście, systemowe szkła nigdy nie były tanie. I pewnie nigdy nie będą. W chwili pisania tego artykułu za nówkę sztukę trzeba położyć na stół 2.650 zł. Poniżej 2.000 zł kosztują bardzo zadbane egzemplarze z rynku wtórnego, którymi polecam się zainteresować. Przy odrobinie szczęścia pewnie uda się „uciąć” z ceny jeszcze kilka stówek.

Czy warto?

Moim zdaniem tak. Do filmowania jak najbardziej, do fotografii też. Do „szwędania się” po mieście w poszukiwaniu ciekawych sytuacji i dobrego światła. Szczególnie z małym, pełnoklatkowym korpusem od SONY.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze