Longyearbyen – miasto na górze mapy

Największym miastem Archipelagu Svalbard jest norweskie Longyearbyen. To zdanie jest jak najbardziej prawdziwe, ale nazwanie Longyearbyen „miastem” jest pewnym nadużyciem – podobnie jak stwierdzenie, że ma ono coś wspólnego z przymiotnikiem „największe”.

Lotnisko, czyli początek

No dobrze. Przygodę z Archipelagiem Svalbard rozpoczynamy lądowaniem na jedynym lotnisku położonym nieopodal Longyearbyen. Samolot norweskich linii lotniczych dociera tu bezpośrednio z Oslo. Lot jest stosunkowo krótki – trwa kilka godzin.

Pas startowy wciśnięty jest pomiędzy surowe zbocza gór. Widok po opuszczeniu kabiny Boeinga 737 jest dość przytłaczający. Na początku sierpnia w Oslo panują letnie upały: 25-30 stopni. Tutaj trzeba założyć gruby polar, a najlepiej od razu kurtkę zimową.

Budynek lotniska jest niewielki i przypomina blaszany barak. W środku podróżnych wita wypchany niedźwiedź polarny, stojący dumnie obok taśmy bagażowej. Robi ogromne wrażenie – to pierwsze przypomnienie, gdzie właściwie się znajdujemy.

Przed budynek lotniska podjeżdża autokar. Do miasta jest około 2 km. Niestety, nie można przejść tego dystansu pieszo. Od znaku „uwaga na niedźwiedzie polarne” obowiązuje bezwzględny zakaz poruszania się bez broni palnej. To jeden z wielu lokalnych przepisów, które brzmią absurdalnie dla turystów, ale mają pełne uzasadnienie.

Na Svalbardzie mieszka więcej niedźwiedzi polarnych niż ludzi. Spotkanie z drapieżnikiem stanowi realne zagrożenie. Poza kilkoma wyznaczonymi strefami po całym archipelagu należy poruszać się najlepiej w grupie, pod opieką osoby posiadającej broń palną i potrafiącej jej używać.

Longyearbyen

Pierwszy przystanek – port. Drugi – centrum miasta. Koniec jazdy.

Wysiadamy w porcie, bo musimy zanieść bagaże na jacht, znaleźć swoją kajutę i przejść obowiązkowe szkolenie. Następnego dnia wypłyniemy odkrywać nieznane. Dziś pora na spacer po Longyearbyen.

Surowość klimatu daje się we znaki na każdym kroku. Z portu do miasta trzeba przejść około kilometra. Nie ma chodnika – tylko wydeptane pobocze. Na szczęście droga jest asfaltowa. Gdzieniegdzie stoją latarnie, które w sierpniu są całkowicie bezużyteczne. To najcieplejszy okres roku i trwa dzień polarny – przez całą dobę jest jasno.

Wieczorny spacer może przeciągnąć się aż do rana. Organizm traci orientację – nie ma naturalnego zmęczenia wynikającego z zapadania zmroku.

Jest elektrociepłownia. Są sklepy, kawiarnia i kilka restauracji. Coś na kształt dużego supermarketu wielobranżowego. Jest nawet mini-salon samochodowy – można kupić nową Toyotę. Najlepiej terenową albo pick-upa. Patrząc na parkingi, łatwo zauważyć, że bardziej popularne niż samochody są skutery śnieżne. Latem stoją nieużywane, ale przydadzą się, gdy dzień polarny zamieni się w noc polarną.

Produkty do sklepów dostarczane są drogą morską. Mamy szczęście – w porcie stoi duży statek, który przywiózł zapasy z Tromsø. Na Svalbardzie obowiązuje prosta zasada: jeśli czegoś nie ma w sklepie, to znaczy, że po prostu tego nie ma. Trzeba wypatrywać statku na horyzoncie.

Latem sytuacja jest oczywiście łatwiejsza – temperatury są wyższe. Zimą lód i śnieg potrafią skutecznie utrudnić dostawy.

W sklepach odzieżowych króluje wyłącznie kolekcja „jesień-zima”. Grube spodnie na lato i jeszcze grubsze na zimę – tak, aby dało się wygodnie podróżować skuterem śnieżnym albo psim zaprzęgiem.

Wyższe temperatury oznaczają tutaj wartości powyżej zera: 5-10 stopni, często z wiatrem. W praktyce trzeba założyć solidne buty i kurtkę z podpinką. Jest znośnie, ale o przebywaniu w wyjątkowo nieprzyjaznym dla człowieka klimacie przypominają liczne instalacje poprowadzone nad ziemią. A nie pod nią – wykopanie klasycznego rowu na kable jest tu po prostu niemożliwe.

Między górami – zima w środku lata

Malownicze, drewniane domki i kilka większych budynków. Stojąc w centrum, widać wyraźnie, gdzie kończy się asfaltowa droga, a w oddali góry wciąż pokryte śniegiem. Znaki „uwaga na niedźwiedzie polarne” wyznaczają granicę strefy, w której można poruszać się bez broni.

Do 2,5 tysiąca mieszkańców – tyle osób żyje w Longyearbyen. Głównie Norwegowie, ale nie tylko. To miejsce pokazuje z pełną surowością, że ostatnie słowo zawsze należy tu do natury. Człowiek może przegrać rywalizację o życie z dziką przyrodą.

Potrzeba ogromnej pokory i wytrwałości, by latem zasnąć w środku dnia polarnego, a później przez wiele miesięcy funkcjonować z nocą za oknem. Zakładam, że nawet obserwowanie zorzy polarnej z czasem może się znudzić.

Wyprawa do miasta trwa kilka godzin, w tym długa wizyta w sklepie. Przez kolejne dni nie będzie możliwości zrobienia zakupów spożywczych. Warto też nacieszyć się Internetem i zasięgiem sieci komórkowej – po wypłynięciu z portu łączność bardzo szybko znika.

Wieczorem kolacja na jachcie i czas na zasłużony odpoczynek. Najpierw jednak szczelnie zasłaniamy wszystkie otwory, przez które wpada światło. Na zewnątrz wciąż pełen dzień – to środek dnia polarnego.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze