Piramiden – rosyjska osada w Arktyce

Kiedyś, przeglądając zdjęcia na portalu Behance, trafiłem na niezwykłą galerię. Opuszczona, radziecka osada gdzieś daleko za kołem podbiegunowym. Jako miłośnik „dziwnych” miejsc i klimatu urbexowego od razu zwróciłem na nią uwagę – nie przypuszczając nawet, że kilka lat później sam będę tam robił zdjęcia.

Z Norwegii do Związku Radzieckiego – drogą morską

Opuszczamy port w Longyearbyen. Zasięg GSM znika szybciej niż charakterystyczne budynki miasta na horyzoncie. Przed nami góry – wysokie, surowe, gdzieniegdzie pokryte śniegiem. Widok robi ogromne wrażenie, ale po chwili zaczyna się to, co mniej romantyczne: kadłub jachtu buja coraz mocniej. Choroba lokomocyjna daje się we znaki.

Poruszanie się po pokładzie wymaga wprawy i dodatkowego zabezpieczenia. Kapok i linka to absolutna podstawa. Wypadnięcie za burtę mogłoby mieć tragiczne skutki – przy tej temperaturze wody hipotermia to kwestia minut.

Zza horyzontu wyłania się charakterystyczna góra. Z jej zbocza „wychodzą” ruiny taśmociągu i pierwsze zabudowania. Dopływamy do Pyramiden – opuszczonej rosyjskiej osady, która lata świetności ma dawno za sobą.

Trochę historii

Początki Pyramiden sięgają 1927 roku. Związek Radziecki stworzył tu pokazową osadę, której sercem była kopalnia węgla. Miejsce było intensywnie „dopieszczane” przez Sowietów i pełniło ważną funkcję propagandową.

Działały tu dobrze zaopatrzone sklepy, przedszkole, szkoła, stołówka, a także budynki przeznaczone do hodowli bydła i trzody chlewnej. Był nawet basen i sala gimnastyczna. W okresie największej prosperity mieszkało tu około tysiąca osób – górnicy, ich rodziny oraz pracownicy utrzymujący osadę przy życiu.

Po upadku Związku Radzieckiego Pyramiden pogrążyło się w kryzysie, który zakończył się ewakuacją wszystkich mieszkańców w 1998 roku. Od tego momentu miasto zaczęło powoli popadać w ruinę.

Spacer po Pyramiden

Jacht cumuje przy przystani wątpliwej urody. Tu wszystko jest stare, zniszczone i opuszczone. W porcie, ponad lustro wody, wystają szczątki zatopionego statku. Duży, pomalowany na żółto dźwig służył kiedyś do transportu zapasów na ląd, a taśmociągiem, zamocowanym na stalowej kratownicy, węgiel trafiał prosto z kopalni do ładowni statków.

W tym miejscu łatwo zrozumieć, dlaczego to miasto upadło. Transport węgla z Arktyki musiał być skrajnie nieopłacalny – przynajmniej po rozpadzie ZSRR.

Do miasta jest jeszcze kawałek drogi. Wszędzie porozrzucane fragmenty drewna. Idziemy zapadającym się drewnianym chodnikiem, pod którym kiedyś poprowadzone były instalacje. Docieramy do monumentalnego pomnika – symbolu Pyramiden, witającego przybyszy. Trudno o bardziej radziecki design. Obok stoi wagonik wypełniony węglem z propagandowym napisem upamiętniającym złote czasy kopalni.

Zatrzymany czas

Trafiamy do restauracji. Zamawiamy tradycyjne „kawę i ciastko”. Nad restauracją mieści się hotel. Wszystko wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tu w 1990 roku: dywany na ścianach, dużo boazerii, wisząca gitara i portrety radzieckich dygnitarzy. Symboli epoki słusznie minionej jest znacznie więcej.

Po wyjściu na główny plac w oddali widać pomnik Lenina. W przestrzeni miasta nadal obecne są sierpy, młoty i czerwone gwiazdy.

Podczas wycieczki towarzyszą nam młode lisy polarne. Kręcą się w pobliżu, licząc, że uda im się wyżebrać coś do jedzenia. Teraz mają czarne futro – zimą zmieni ono kolor na biały.

Nieopodal pasie się stado reniferów. Zwierzęta nie boją się ludzi, nie uciekają. Tutaj relacje człowieka z przyrodą są inne – to człowiek musi uważać. Na szczęście nie spotykamy niedźwiedzi polarnych, choć w internecie bez trudu można znaleźć zdjęcia „białych misiów” spacerujących tymi samymi ścieżkami.

Wycieczka z przewodnikiem

Na zwiedzanie miasta ruszamy z Olgą. Olga przyjechała na kontrakt z St. Petersburga. Ma karabin przewieszony przez ramię i klucze do wszystkich budynków w osadzie. Odwiedzamy kuchnię, stołówkę, szkołę, przedszkole, gabinet lekarski i opuszczone bloki mieszkalne.

Jeden z budynków nosi dziś nazwę „Wariatkowo”. Kiedyś mieszkali tu ludzie, teraz jest siedliskiem mew. Ich krzyki brzmią przerażająco – jak ścieżka dźwiękowa do starego amerykańskiego horroru.

Trafiamy do sali gimnastycznej i na basen. Wszystko pokryte kurzem, miejscami zniszczone, a miejscami zaskakująco dobrze zachowane. Porzucone trzydzieści lat temu. Pamiętające najlepsze lata Związku Radzieckiego.

Osada pośrodku niczego

W jednym z budynków znajduję telegram. Rok nadania: lata 80. XX wieku. Kartka leży na krześle, jakby ktoś odłożył ją wczoraj. Robię zdjęcie i tłumaczę treść:

Szanowni Polarnicy!

W związku z tym, że sezon turystyczny nie został jeszcze otwarty, a także z powodu pojawienia się niedźwiedzi na zatoce, wyjście pingwinów w rejon zatoki oraz poza jej granice jest kategorycznie zabronione.

Zorganizowane wyjście w kierunku Jeziora Niebieskiego jest dozwolone wyłącznie przy posiadaniu przepustek turystycznych.

W sprawach informacyjnych prosimy kontaktować się telefonicznie pod numerem 2-40.

Osoby naruszające zakaz zostaną pociągnięte do odpowiedzialności administracyjnej!!!

Wracamy w stronę jachtu. Co jakiś czas w ziemi widać odciśnięte ślady łap niedźwiedzia polarnego. Dookoła leżą kawałki drewna i bryły węgla — u nas zostałyby wyzbierane do ostatniego okruszka. Tutaj nikt ich nie rusza. Kto miałby to zrobić, skoro prawie nikogo tu nie ma?

Złomu też nikt nie potrzebuje. W Piramiden nie ma skupu.

Życie w Pyramiden

Latem w osadzie mieszka kilkadziesiąt osób. Zimą zostaje około trzydziestu. Statek z zapasami przypływa jesienią. Potem trzeba czekać do kolejnego sezonu.

Internet? Jest — satelitarny. O ile akurat któraś z satelit „złapie zasięg”. W praktyce można połączyć się ze światem przez kilka godzin, a potem przez kilka dni być całkowicie offline.

Co robić w małej, poradzieckiej osadzie arktycznej podczas nocy polarnej? Do dziś się nad tym zastanawiam. Na pewno odpadają długie spacery — zimą niedźwiedzie polarne szukają łatwego do upolowania obiadu.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze