„Ryzykujemy!”. Jak aparat z kieszeni płaszcza zmienił świat fotografii, czyli historia Leiki – część pierwsza
Zapraszam Was na pierwszą z trzech części opowieści o fotograficznym dziedzictwie marki Leica. Choć wpisy o tym legendarnym niemieckim producencie pojawiały się na blogu już wielokrotnie, tym razem zabieram Was w podróż do samych początków. Przyjrzymy się historii od kulis – począwszy od wizjonerskiego pomysłu Oskara Barnacka, aż po pierwsze, pionierskie konstrukcje, które na zawsze zmieniły świat fotografii.
Oskar Barnack i pomysł na kieszonkowy aparat fotograficzny
Powiązanie Oskara Barnacka z rozwojem „miniaturowego aparatu”, jak go początkowo nazywano, wykracza daleko poza historię samej marki Leica. W 1911 roku ten 31-letni mechanik precyzyjny dołączył do Zakładów Optycznych Ernsta Leitza w Wetzlar, obejmując stanowisko w Dziale Eksperymentalnym. Wcześniej zdobywał doświadczenie w zakładach Zeissa w Jenie. Barnack był pasjonatem fotografii, jednak ze względu na problemy ze zdrowiem, a konkretnie astmę, ówczesne aparaty były dla niego zdecydowanie zbyt nieporęczne i trudne do noszenia. Pięć lat wcześniej, pracując jeszcze u Zeissa, zetknął się z miniaturową kamerą filmową zaprojektowaną dla taśmy 35 mm. Niestety, w tamtym czasie jakość uzyskiwanego obrazu nie była wystarczająca do tworzenia odbitek o rozmiarach wymaganych w fotografii artystycznej.

Około 1912 roku Barnack skonstruował własną kamerę na film 35 mm, która dawała znacznie bardziej obiecujące rezultaty. Będąc niezadowolonym z kinowego formatu 24 x 18 mm, ustalonego oficjalnie w 1909 roku, postanowił podwoić rozmiar klatki. Osiągnął to, sprawiając, że film przesuwał się wewnątrz aparatu poziomo, a nie pionowo. Rezultatem był rewolucyjny format 24 x 36 mm, który zmieniał proporcje obrazu z 4:3 na 3:2 i do dziś pozostaje światowym standardem.
Postępy swoich prac Barnack skrupulatnie dokumentował. Pod koniec 1913 roku odnotował: „Ukończono mikrokamerę do zdjęć”. Następnie w marcu 1914 roku zapisał: „Kamera Mikro-Lilliput z filmem kinowym ukończona”, a już w kwietniu udokumentował kolejny krok: „Ukończono 2 aparaty Lilliput i wykonano zdjęcia”. W maju złożył formalny wniosek o patent na „aparat Lilliput”. Tej samej wiosny Ernst Leitz II zabrał jeden z tych prototypowych aparatów w podróż do USA. Po powrocie optymistycznie odnotował, że konstrukcja ta „zasługuje on na dalsze rozważania”.

W sierpniu 1914 roku wybuchła I wojna światowa, a Barnack zaczął używać swojego aparatu do dokumentowania scen mobilizacji wojskowej. Mimo napływu nowych obowiązków w fabryce w czasie konfliktu, był w stanie zaprezentować ulepszony model już w 1920 roku. To do niego dr Max Berek – kolejna kluczowa postać w historii fotografii małoobrazkowej – zaprojektował ostry obiektyw o dużym otworze względnym. Niedługo później, 9 października 1920 roku, Ernst Leitz złożył wniosek o patent na konstrukcję dalmierza, który pozwalał na dokładne ustawianie ostrości nawet z bliska. Z kolei patent z 1922 roku chronił innowacyjne sprzężenie mechanizmu naciągu migawki, transportu filmu i licznika zdjęć.
Przymiarka do masowej produkcji, czyli „Seria 0”
W latach 1923–1924 Dział Eksperymentalny zbudował niewielką serię aparatów, nazywaną powszechnie serią 0, które przekazano do testów zainteresowanym osobom. Model ten w pełni spełnił oczekiwania Barnacka, jednak jego kolega, Anton Baucmann, wciąż narzekał na jeden istotny szczegół. Ponieważ kurtyny migawki w tym modelu nie zachodziły na siebie, fotograf musiał pamiętać o zakryciu obiektywu podczas naciągania mechanizmu przed kolejnym zdjęciem. W przeciwnym razie negatyw zostałby bezpowrotnie prześwietlony. Barnack ostatecznie rozwiązał ten problem nowym, opatentowanym mechanizmem, kładąc kres pozostałościom po uciążliwych aparatach płytowych i rolkowych z przeszłości.

Wiosna 1924 roku przyniosła montaż czterech aparatów wyposażonych w tę nową migawkę, po czym Barnack poprosił o zielone światło dla rozpoczęcia pełnoprawnej produkcji. Henri Dumur, nadzorujący stronę biznesową zakładów Ernsta Leitza, wyraził swoje stanowcze zastrzeżenia. Zauważał on, że nowa fabryka sprzętu kinowego była już i tak bardzo kosztowną inwestycją, więc ryzyko finansowe budziło zrozumiały niepokój u Ernsta Leitza II. Z drugiej strony Leitz ulegał już wcześniej pasji do tworzenia nowych obrazów, przełamując opór wobec nowych przedsięwzięć – tak było chociażby wtedy, gdy firma po wojnie rozszerzyła swoją działalność o epidiaskopy i projektory dla szkół. Leitz dał Barnackowi wolną rękę już w 1913 roku, gdy ten zaczynał pracę nad aparatem małoobrazkowym. Panujące wówczas zainteresowanie adaptacją taśmy kinowej do fotografii nie umknęło jego uwadze. Dodatkowo owocna współpraca Barnacka z mechanikiem precyzyjnym Emilem Mechau dobitnie pokazała, że wynalazca nie jest fantastą, lecz uosobieniem zegarmistrzowskiej wręcz precyzji.

Wiosną 1920 roku Barnack zaprezentował Leitzowi ulepszony model swojego aparatu, wyróżniający się czarną obudową i światłoszczelną kasetą, która pozwalała na bezpieczną wymianę filmu w świetle dziennym. Jedynym brakującym elementem w tej układance wciąż pozostawał odpowiedni obiektyw. Do tego czasu Barnack radził sobie z modelem Mikro-Summar 42 mm f/4.5. Jak jednak zauważył dr Berek, choć 42 mm stanowiło przekątną negatywu i było uważane za normalną ogniskową, generowało to kąt widzenia wynoszący 53 stopnie, co uniemożliwiało uzyskanie ostrego obrazu przy większych otworach przysłony. Aby osiągnąć poziom szczegółowości wymagany do dużych powiększeń, ostrość musiała być idealnie zachowana w całym kadrze. Przy wykorzystaniu filmu kinowego wymuszało to zastosowanie węższego kąta widzenia.
W poszukiwaniu dobrego obiektywu
Ze względu na bardzo niską czułość ówczesnych materiałów światłoczułych, Barnack pragnął obiektywu o znacznie większym otworze względnym. Próbowano wykorzystać konstrukcję Kino-Tessar f/3.5 autorstwa Zeissa, ale jej pole obrazowe okazało się zbyt małe dla formatu podwójnej klatki, a sam obiektyw był bardzo podatny na niepożądane światło boczne. Biorąc pod uwagę ograniczoną dostępność odpowiednich gatunków szkła optycznego, niemożliwe było połączenie wymaganego otworu przysłony z kątem widzenia szerszym niż 48 stopni. Berek obliczył więc długość tubusu dla kilku wariantów ogniskowych. Okazało się, że przy 52 mm cały układ optyczny mógł zmieścić się wewnątrz korpusu aparatu, a to było dokładnie to, na czym zależało Barnackowi. Tak powstał obiektyw o ogniskowej 50 mm, którego prototyp okazał się niezwykle przekonujący, dając ostry i wyraźny obraz aż po same krawędzie. Udoskonalenia te zaowocowały całkowicie nową konstrukcją, zgłoszoną wkrótce do opatentowania. Do lata 1922 roku firmie udało się już sprzedać 1000 sztuk ulepszonych aparatów zainteresowanym stronom.

Kiedy latem 1923 roku wartość krajowej waluty gwałtownie spadła, firma musiała wykorzystać wszystkie rezerwy walut obcych, aby utrzymać zatrudnienie. Był to niezwykle trudny rok naznaczony niepewnością co do tego, czy instytuty badawcze i uniwersytety będą w przyszłości dysponować budżetem na zakup sprzętu. We wrześniu poprzedniego roku główna baza klientów Leitza – lekarze i naukowcy – zażądali wręcz większego wsparcia finansowego od państwa. Rząd zdecydował się jednak na wprowadzenie cięć budżetowych w celu uwolnienia funduszy na reparacje wojenne. Szczęśliwie zaopatrywanie szkół w projektory zapewniło firmie Leitz pewien oddech finansowy i pozwoliło Barnackowi na dalszą pracę nad aparatem. Wspólnie z pracownikami Działu Mikroskopii zbudował on około dwóch tuzinów aparatów, opierając się na rysunkach technicznych inżyniera mechanika Schöfera. Konstrukcja była imponująca – na liście komponentów znalazło się ponad 190 poszczególnych części, a wiele z nich miało wymiary spotykane zazwyczaj w branży zegarmistrzowskiej.
Barnack podjął strategiczną decyzję o przekazaniu aparatu z numerem seryjnym 102 samemu Leitzowi, a numeru 101 Augustowi Bauerowi, pracownikowi firmy, którego należało przekonać do całego projektu. Przydzielił również jeden egzemplarz dyrektorowi sprzedaży i wielkiemu pasjonatowi fotografii, Alfredowi Türkowi, który zareagował z ogromnym entuzjazmem, mówiąc: „Zrobimy z tym wielkie rzeczy!”. Nową konstrukcję zaprezentowano także staremu mistrzowi Barnacka, Karlowi Kochowi, Antonowi Baumannowi, który pracował już z pierwszym prototypem, oraz Franzowi Bergmannowi, przedstawicielowi Leitza w Berlinie. Ich reakcje były równie entuzjastyczne.
Robimy, czy nie? Ryzykowna decyzja, która odmieniła świat fotografii
W końcu nadszedł czas ostatecznej decyzji. Korzyści i obawy omawiano podczas spotkania niezwykle szczegółowo. Leitz gorąco argumentował: „To jest urządzenie dla ludzi, którzy zawsze chcą mieć przy sobie aparat, aby robić zdjęcia, gdy tylko zobaczą coś, co chcą uwiecznić. Nie chcą rozstawiać sprzętu z wyprzedzeniem. A jeśli to, co widzą, nie zostanie dokładnie odwzorowane na filmie, dowiedzą się o tym dopiero po wywołaniu filmu lub zdjęć. To wtedy podniosą poprzeczkę”. Dodawał przy tym: „Myślę o naukowcach, których znamy i którzy nas znają. Tutaj też rysunki są zastępowane przez zdjęcia, a oni potrzebują wyraźnych obrazów, a nie dzieł sztuki. Istnieje zapotrzebowanie na ten mały aparat, jestem tego pewien”.
Podczas tego samego spotkania uwaga uczestników skupiła się na obiektywie, o którym wypowiedział się Rudolf Zack, szef produkcji optycznej. Wyjaśnił on, że choć wydajność nowej konstrukcji jest bardzo dobra, to sklejanie trzech elementów w ostatnim członie bywa zbyt czasochłonne, a promienie krzywizny są na tyle blisko siebie, że centrowanie pochłania mnóstwo czasu. Wskazał, że projekt wymaga wdrożenia ścisłej kontroli jakości już na etapie sklejania, w przeciwnym razie pojawi się zbyt wiele odrzutów. Obawy te podzielał Körber, który zaplanował produkcję 3000 zestawów soczewek wymagających dużych ilości drogiego szkła. Wskazywał on na braki w parku maszynowym – firma potrzebowała nowych urządzeń do głowicy frezarskiej otworu przysłony, a helikoidalny mechanizm ostrości o nowych profilach gwintów (cieńszych niż w starym Mikro-Summarze) musiał działać bez żadnych luzów, wyczuwalnych tylko w opuszkach palców. Głos zabrał także dr Max Berek, informując, że huta Sendlinger Glashütte nie dostarcza już potrzebnego rodzaju szkła i konieczne będzie przeliczenie projektu pod surowiec firmy Schott. Berek podkreślał jednak potęgę nowego układu optycznego: „Potrzebujemy miliona punktów obrazu na 800 milimetrach kwadratowych negatywu, aby zapewnić wyraźne odwzorowanie przy powiększeniu widocznym dla widza. Obiektyw jest do tego zdolny. Jego zdolność rozdzielcza znacznie przewyższa możliwości filmu”. Dodał stanowczo, że według jego wiedzy o ówczesnych postępach, aparat Barnacka nie był tylko jednym z wielu i nikt na rynku nie miał sprzętu na film kinowy, który byłby choćby bliski porównania z nim.
Atmosferę ożywił Leitz, który zacytował nowe wydanie „Dawida”, czyli długoletniego, standardowego podręcznika fotografii. Przeczytał zgromadzonym fragment głoszący, że miniaturowe aparaty to urządzenia łączące w sobie najwyższą wygodę i minimalną wagę przy najmniejszych wymiarach. Wskazał absurd faktu, że autor podręcznika wymieniał jako przykład rzekomo wygodnego sprzętu składane aparaty płytowe o formacie 4,5 x 6 cm. Podsumował to słowami, że aparat Barnacka jest po prostu gotowy na następne stulecie fotografii. Wtedy głos zabrał sam wynalazca. Przypomniał on cytat Fontaine’a z powieści The Stechlin: „Wszędzie są fotografowie”, podkreślając, że ludzka chęć uchwycenia chwili wymaga aparatu, który jest pod ręką i gotowy do pracy. Opowiadał o dekadzie pracy z filmami Toxo od Schleussnera we Frankfurcie i lotniczymi filmami Perutz. Wspomniał o rosnącej rzeszy amatorów i prężnie działających klubach fotograficznych – samo stowarzyszenie w Berlinie zrzeszało ponad 400 członków, a sieć krajowa liczyła ich ponad 4000. Dodał też osobisty ton: „Nie ukrywałem faktu, że moje zdrowie nie było najlepsze i musiałbym brać okazjonalne urlopy. Co, na szczęście, rzadko musiałem robić. Mam nadzieję, że dzięki tej konstrukcji mogę zaoferować panu odpowiednią rekompensatę”. Leitz odpowiedział na to ciepło: „Cóż, panie Barnack, mój ojciec i ja wierzyliśmy w pana i niczego nie żałujemy. Czy policzył pan, ile patentów i wzorów użytkowych można przypisać pana pracy? Wiem, że ja potrafię”.

W dyskusji o rynkach zbytu pan Becker zauważył, że we Francji następuje już wyraźny zwrot w stronę mniejszych aparatów, a kinematografia jest zjawiskiem powszechnym na całym świecie. Szczególny potencjał dostrzegał w USA, gdzie Kodak mocno spopularyzował ten format, a także przywołał przykład profesora Klute, który rok wcześniej zabrał aparat testowy na wyprawę do Ameryki Południowej i z zachwytem zrobił nim ponad 1000 zdjęć. To właśnie te głosy skłoniły Ernsta Leitza do wygłoszenia ostatecznego werdyktu. Stwierdził on dobitnie: „Rozważając wszystko, słyszę argumenty przeciwko produkcji. Nie dotyczą one jednak aparatu, lecz raczej niedoskonałości materiału filmowego i ewentualnie przystawek, które fotografowie mogą musieć dokupić. Filmy są coraz lepsze, a kino staje się coraz ważniejsze. Musimy patrzeć w przyszłość. Jest więcej powodów za tym aparatem niż przeciw niemu. Fotografia ulegnie zmianie. Jeśli nie podejmiemy działań teraz, zrobi to ktoś inny wkrótce. Ryzyko nie jest tak wielkie, by było nieuzasadnione. Argumenty są na stole, rozważyliśmy je wszystkie i niczego nie przeoczyliśmy. Podjąłem decyzję: Ryzykujemy. Jest godzina dwunasta trzydzieści. Zaczynamy tak szybko, jak to możliwe”.
Machina ruszyła błyskawicznie. 5 sierpnia Schöfer przedstawił rysunki techniczne detali około 200 części. Barnack i August Bauer zdecydowali o podziale produkcji – elementy optyczne powstawały w dotychczasowym dziale, a komponenty mechaniczne trafiły do nowo utworzonego „Działu Aparatów Barnacka” na parterze, pod okiem mistrza Lutza. Powstała tam specjalna sala montażowa oddzielona szklanymi ścianami, która służyła konstruktorowi za warsztat z rygorystycznymi standardami kontroli jakości na każdym etapie. W grudniu 1924 roku rozpoczęto grawerowanie kilku górnych płyt, tak zwanych „setek bazowych”, od których aparat był montowany z góry do dołu. Montaż ruszył w styczniu 1925 roku, a w lutym wysłano pierwszą partię i oficjalnie wybrano nazwę. Po odrzuceniu takich propozycji jak „Barnack-Kamera”, wybór padł na ikoniczną „Leica”, będącą skrótem od Leitz Camera. Wczesne modele trafiły do rąk ekspertów, takich jak Julius Friedrich Willy Frerk czy Curt Emmermann, a przed Targami Lipskimi w 1925 roku, na których Carl Koch sprzedał od ręki kilka sztuk, w prasie pojawiły się pierwsze reklamy.
Rozpoczęcie produkcji i ciągłe udoskonalanie produktu
Niedługo później Barnack zaczął rozwijać ideę uniwersalnego systemu aparatów wymiennych. Z powodu długich ogniskowych, stare wielkoformatowe aparaty nie musiały być przysuwane blisko obiektu, co w przypadku małej ogniskowej Leiki bywało wymogiem wręcz niemożliwym do spełnienia. Korespondencja z fotografem Paulem Wolffem z 1929 roku dowodzi, że Barnack bardzo wcześnie planował wprowadzenie wymiennych obiektywów sprzężonych z dalmierzem. Krok ten urzeczywistnił się w maju 1930 roku wraz z zaimplementowaniem mocowania gwintowego M39, mimo że odległość płaszczyzny oporowej od matrycy nie była jeszcze wtedy ustandaryzowana. Odpowiedzią dr. Bereka na potrzebę jaśniejszej optyki był Hektor 5 cm f/2.5, a także teleobiektyw Elmar 13,5 cm i szerokokątny Elmar 3,5 cm. Ważny przełom nadszedł w maju 1931 roku, gdy wprowadzono standardową odległość kołnierza na poziomie 28,8 mm, obowiązującą od modelu z numerem seryjnym 60 000. W tym samym roku, dzięki obliczeniom Maxa Zählicke, Barnack zintegrował dalmierz z korpusem, synchronizując krzywki obiektywów za sprawą przełożenia współpracujących ślimaków. Jednocześnie w Monachium Wilhelm Zügel opatentował metodę korekcji paralaksy, polegającą na jednoczesnej regulacji celownika z ustawieniem odległości, a firma Leitz ten patent błyskawicznie wykupiła.

Mimo trwającego Wielkiego Kryzysu, rozwój firmy był imponujący. Do końca 1931 roku na całym świecie sprzedano ponad 68 000 aparatów Leica, w tym prawie 18 000 w samym tylko 1931 roku. Rok później produkcja osiągnęła szczyt, a nowa Leica II z ceną 240 marek odnotowała sprzedaż na poziomie 22 000 sztuk, co przewyższało wyniki modelu I aż pięciokrotnie. Na rynku oferowano również wycenioną na 155 marek wersję Standard, z możliwością późniejszej konwersji do specyfikacji Leica II. W Niemczech i za granicą powstawały autoryzowane kluby, wydawano magazyn „Die Leica” i autorskie podręczniki Fritza Vitha czy Curta Emmermanna, a w Berlinie zainaugurowano działalność edukacyjną w „Szkole Leiki”. Konkurencja odpowiedziała chociażby wypuszczonym w 1932 roku modelem Zeiss Ikon Contax I, jednak borykał się on ze skomplikowanym mechanizmem migawki, problemami wieku dziecięcego i znacznie wyższą ceną. Amerykański Kodak z kolei mocno inwestował na rynku europejskim, kupując zakłady Glanzfilm AG w Berlinie-Köpenick (1927) oraz fabrykę aparatów precyzyjnych dr. Augusta Nagla w Stuttgarcie (1933), by finalnie zaoferować model Retina w cenie 75 marek.
Firma Leitz odpowiadała kolejnymi innowacjami. Rok 1933 przyniósł aparat Leica III z mechanizmem opóźniającym Gauthiera dla długich czasów naświetlania od 1/10 do 1 sekundy, współpracującym z całą gamą specjalistycznej optyki, od jasnego modelu Summar 50 mm f/2, poprzez portretowego Hektora 7,3 cm f/1.9 i lekkiego Berg-Elmara 10,5 cm f/6.3, aż po miękkorysującego Thambara 9 cm f/2.2. Do katalogu trafiły również liczne urządzenia do makrofotografii w skali 1:1, a także oparty na wcześniejszym modelu Leica Compur specjalistyczny adapter mikroskopowy. W roku 1935 do portfolio dołączyła Leica IIIa z czasem otwarcia migawki na poziomie 1/1000 s oraz dalmierzem z powiększeniem 1,5x. Została ona wyposażona w pierwszy firmowy teleobiektyw Telyt 20 cm f/4.5 oraz przystawkę wizjera refleksyjnego PLOOT, co ostatecznie przekształciło markę w producenta pierwszej na świecie lustrzanki małoobrazkowej, wyprzedzając o rok wypuszczoną na rynek drezdeńską kamerę Kine Exakta od firmy Ihagee. Fotograficzny rozmach potęgowała popularyzacja rzutników slajdów. Modele takie jak Projektor VIII ze światłem 750 W pozwalały na wyświetlanie obrazów z obiektywem 30 cm z odległości 40 metrów na powierzchni wynoszącej 3,20 x 4,80 metra, a pokazy Antona Baumanna i Walthera Bensera edukowały rzesze ludzi w miastach całej Europy i Ameryki. Prawdziwe rewolucje na etapie wywoływania opisywał w zaktualizowanym wydaniu swojej książki z 1939 roku „Meine Erfahrungen mit der Leica” słynny fotograf Paul Wolff.
Era samego Oskara Barnacka powoli dobiegała jednak końca ze względu na systematycznie pogarszający się stan jego zdrowia. Przed śmiercią wynalazcy 16 stycznia 1936 roku, na rynek trafiło 185 000 zaprojektowanych przez niego aparatów. Jego bezpośredni wpływ był widoczny jeszcze w modelu Leica IIIb z 1938 roku, w którym po raz pierwszy zbliżono do siebie okna wizjera i dalmierza na wzór idei zintegrowanej kontroli kadru, znanej z prototypowej Leiki IV. W ofercie pojawiły się też doskonałe dla nowej fotografii barwnej, bardzo jasne obiektywy Summitar 50 mm f/2 i Xenon 50 mm f/1.5. Przełom technologiczny nadszedł wraz z wdrożeniem do produkcji modelu Leica IIIc we wrześniu 1939 roku, w nowym, rozbudowanym obiekcie produkcyjnym wytwarzającym rocznie dziesiątki tysięcy urządzeń. Model ten porzucił dotychczasową konstrukcję montowaną na kawałki na rzecz stabilnej obudowy w całości odlewanej ciśnieniowo.
II Wojna Światowa i wczesne lata powojenne
Czasy II wojny światowej były dla fabryki wyjątkowo ciężkim okresem próby. Produkcję przestawiono na nowe tory z materiałami zastępczymi, a od 1941 roku po wyczerpaniu rolet migawek Kodaka stosowano gumowane płótno z Elbe-Werke. Do 1944 roku produkcja gwałtownie spadła do ledwie 26 000 sztuk. Jednak już 5 maja 1945 roku w Wetzlar, pod amerykańską okupacją, wznowiono wytwarzanie sprzętu, zachowując minimalny pięcioprocentowy przydział na rodzimy rynek. Kolejne ciosy spadały błyskawicznie – w 1946 roku połączone komisje śledcze brytyjskiego i amerykańskiego dowództwa zbadały i przejęły całkowicie całą firmową wiedzę techniczną, a oryginalne patenty zostały oficjalnie i brutalnie unieważnione. Renoma urządzeń „made in Wetzlar” wciąż jednak robiła swoje, a rynkowy sukces zapoczątkował model Leica IIIf z 1950 roku, dający potężną na tamte czasy pełną synchronizację dla fotografii z wykorzystaniem lamp błyskowych. Aż 237 000 aparatów serii f z nowymi, lżejszymi migawkami obrotowymi i samowyzwalaczem (od 1952 roku) zjechało z taśm produkcyjnych do marca 1957 roku.

Ewolucja marki Leitz wymagała jednak całkowitego zrewolucjonizowania parametrów produkowanego szkła. Poszukując optyki o wyższym współczynniku załamania światła i nie otrzymując wsparcia od ówczesnych dostawców z huty Schott Glaswerke w Jenie, inżynierowie zbudowali własne zaawansowane laboratorium badawcze. To właśnie tam udało się opracować fenomenalne szkła dające początek tak wybitnym i do dziś docenianym seriom obiektywów jak Summicron 50 mm f/2 oraz poprawiony wariant starszej legendy, znany jako Elmar 50 mm f/2.8. Kolejnym i wielkim pożegnaniem ze starym światem stał się wygaszany wolno od 1956 roku system mocowania gwintowego. Ostatnim jego klasycznym przedstawicielem na rynku był posiadający zintegrowane ramki 5 cm i 9 cm model Leica IIIg, po którego ostatecznym zakończeniu produkcji w 1960 roku całkowicie zamknięto długi etap rozwoju aparatów zapoczątkowany jeszcze przez Barnacka. Jak policzono, na przestrzeni lat 1924–1960 wypuszczono imponującą rzeszę 1 162 000 sztuk klasycznych obiektywów stworzonych do współpracy z łączną pulą 794 000 korpusów.
Droga do M3
Rewolucją, do której system ten aspirował już od wielu lat (pierwsze związane z nią patenty wpłynęły już w 1940 roku) stał się absolutnie legendarny model aparatów dalmierzowych wprowadzony z rozmachem w 1954 roku – Leica M3. Jej rozwój to zasługa gigantów branży, takich jak fizyk dr Ludwig Leitz, główny projektant rzeźbiarz Willi Stein i odpowiadający za niezrównany do dziś projekt zewnętrzny rzeźbiarz Heinrich Janke. Wykorzystując skomplikowany, genialny czteroramienny bagnet opracowany przez Hugo Wehrenfenniga, zespół ten na zawsze wyeliminował wady gwintu w synchronizacji dalmierza z mechanicznymi maskami okien celownika wyświetlającego właściwe linie ramki przy zmienianych w locie kątach widzenia. Leica w systemie M wyznaczyła standardy z zupełnie nowym i bezgłośnym systemem mechanicznej, obrotowej i natychmiastowej transmisji z wykorzystaniem szybkiej, palcowej dźwigni, a nie uciążliwego pokrętła naciągu. Zaprezentowana na targach Photokina Leica M3 doczekała się swojego tańszego, ale kultowego odpowiednika o symbolu M2 (z ramkami dla ogniskowych 35, 50 i 90 mm) w jesieni 1958 roku. System z bagnetem i całkowicie zintegrowanym jednokierunkowym pomiarem optycznym był uwieńczeniem idei zapoczątkowanej przez Oskara Barnacka. Pierwszy produkcyjny aparat serii M z seryjnym numerem 700 000 trafił w ręce wybitnego austriackiego fotografa profesora Stefana Kruckenhausera, a Leica M2 przypieczętowała ostatecznie los dawnych, urokliwych, ale pełnych technicznych ograniczeń systemów gwintowych. Barnack z całą pewnością osobiście zaaprobowałby to osiągnięcie. W końcu zaprojektowany niemal dekadę po jego śmierci system M2 po podpięciu nieśmiertelnego i wsuwanego w środek korpusu obiektywu Elmar 50 mm wciąż mieści się niezwykle wygodnie po prostu w kieszeni męskiego płaszcza.
